JanKa. Wydawnictwo i...
kontakt wydawnictwo redaktornia poradnia dtp przyślij tekst
 
 
 
sprzedaż
nowości






- wkrótce -


Książki


ZEMSTA JEST KOBIETĄ

Szymon Bogacz, Anna Dominiczak,

Grzegorz Filip, Przemysław Gulda,

Marcin Kowalczyk, Daniel Koziarski,

Marta Marchow, Matylda Puchacz,

Sylwia Skorstad, Dorota Stachura,

Michał Paweł Urbaniak,

Aleksandra Żurek


Zbiór dopełnia rozmowa ze znaną

teolożką, Elżbietą Adamiak.


Wydanie I
Drukarnię opuszcza 7 grudnia
Stron: 288

Format: 145x205 mm

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena: 31.50 zł (w tym 5% VAT)

ISBN 978-83-62247-14-1

E-book: ISBN 978-83-62247-15-8

patronat medialny




Autorzy, recenzje i wywiady


Opowiadania sześciu autorek i tyluż autorów, zgromadzone w tej książce, można czytać w sposób najprostszy z możliwych: jako pełne dramatyzmu pasjonujące historie, rozgrywające się między ludźmi. Ale i jako opisy nagłych spięć, wybuchów emocji, tłumionych z powodów rodzinnych, psychologicznych, religijnych, kulturowych. Dlaczego? Bo tych ludzi dzieli płeć? Bo jedni są mężczyznami, a drugie kobietami? Łatwo dziś o twierdzącą odpowiedź.
Ale może radykalizm i napięcia w człowieku i w jego języku istnieją ab ovo? Zawsze kochał, tęsknił, cierpiał, nie potrafiąc sięgnąć ideałów, zaspokoić ambicji? Nienawidził i pożądał zemsty za swoją nie swoją nienawiść?
„Zemsta jest kobietą” to nie tylko opowieść o konflikcie płci. To spotkanie. Wrażliwości, sposobów myślenia, stereotypów, klisz, języków. Spotkanie rodzących się indywidualności - w męskim i żeńskim wydaniu.

Szymon Bogacz
„NAGA”
(fragment):
KRISTIN
Bywa, że coś dzieje się przypadkiem, tak pomyślałam, ale spotkanie z Antonem nie było takie znów przypadkowe. Wiedziałam, że tam będzie, zobaczyłam go wcześniej na ulicy, kiedy wchodził do hotelu. Ciarki mnie przeszły, tyle lat się nie widzieliśmy, chyba z piętnaście, może trochę mniej. Nienawidziłam go za to, co mi robił, nienawidziłam tego, jaki był, ale teraz, kiedy szedł taki wyprostowany, taki pewny siebie, wszystko wróciło, stanęło przed oczami i pomyślałam, że przecież go kocham, mocno, jak kiedyś. I dlaczego nie podejść, nie nawiązać kontaktu? Przecież to było tak dawno.
Nie zrobiłam tego od razu, po prostu musiałam się uspokoić, opanować. Gdybym paliła papierosy, pewnie wypaliłabym całą paczkę, ale skoro nie palę, przeszłam się szybkim krokiem alejką w pobliskim parku, żeby jakoś odreagować ten stres, żeby pomyśleć. Wróciło mnóstwo wspomnień; na jedne zaciskałam zęby i pięści, na inne uśmiechałam się czy wręcz dławiło mnie w gardle. Miałam kilka momentów, kiedy wydawało mi się, że tam nie pójdę, że mam to gdzieś („lepiej nie wracaj do tego, wariatko”), ale wygrała ciekawość, a raczej chęć spojrzenia w oczy, chęć rozmowy, choć już wtedy przeczuwałam, że rozmowa może być zupełnie zbędna.
Po godzinie znalazłam się w hotelowym holu, pewnym krokiem podeszłam do recepcji i zapytałam o Antona, ale recepcjonistka nie chciała zdradzić numeru pokoju; powiedziała, że go zawiadomi. Odpowiedziałam, że może lepiej poczekam; skłamałam, że i tak ma zejść do baru, więc „proszę sobie nie robić kłopotu”. To było tchórzostwo z mojej strony, ale nie wiem, czy byłam gotowa na taki początek spotkania - on pojawia się w holu, idzie w moim kierunku, ja patrzę mu prosto w oczy, szeroki uśmiech rozświetla jego twarz. Zresztą może zareagowałby na mój widok zupełnie inaczej, może zignorował, a może podszedł i zaczął jak kiedyś... Pomyślałam, że poczekam, a jeśli zejdzie na dół, jeśli wstąpi do baru, jeśli wszystko się ułoży, jeśli dopisze mi szczęście...
Usiadłam przy stoliku, zamówiłam małe piwo i po paru łykach poczułam, że napięcie trochę opada, że zaczynam panować nad drżeniem dłoni i wtedy przypomniałam sobie nasze ostatnie wspólne spotkanie.
Stałam w drzwiach, on na mnie krzyczał, ja krzyczałam na niego. I nagle w trakcie mojego krzyku trzasnął mi drzwiami przed nosem. Po prostu wyrzucił mnie z mieszkania. Chciałam otworzyć, wyszarpać te cholerne drzwi i jak zwykle zrobić naprawdę karczemną awanturę. Ale pomyślałam, że mam tego dość, że więcej mnie nie zobaczy. Postanowiłam tak w nerwach, w kompletnym amoku, nie myślałam, że się spełni, a jednak. Uparłam się, zawsze byłam uparta. Dlatego zamieszkałam u mojej babci, w małym pokoju, i czekałam, aż się odezwie, ale nic nie zrobił. Nie dał znaku życia. Też nie dałam, zaczęłam żyć codziennością, że tak powiem. Studia, praca, studia, praca. Po dłuższym czasie zdarzył się ktoś, kto mnie przytulił, pocałował. Więc i ja go pocałowałam i przytuliłam. Taki chudy i nijaki chłopak, kolega ze studiów. Wystraszony, nieśmiały, ale potrafił przytulić. Choć tyle razy siedział obok mnie zupełnie sztywno i prawie nic nie mówił. Pamiętam, że miał zawsze spocone dłonie. Nie pamiętam jego imienia. I tylko raz spróbował mnie rozebrać, nie chciałam się opierać, ale babcia jeszcze nie spała, więc powiedziałam, że później. On mnie źle zrozumiał i prawie natychmiast się wyniósł, a potem unikał i nigdy więcej nawet na mnie nie spojrzał. Nie miałam mu tego za złe, zresztą szybko zaczęłam spotykać się z Gustavem, umięśnionym, opalonym, z tatuażem na przedramieniu. Gustav woził mnie swoim wielkim samochodem, zabierał do kina, nawet byliśmy nad morzem. Lubiłam, jak odwoził mnie pod kamienicę babci, lubiłam te długie czułe rozstania, kiedy nie chciał mnie wypuścić i kiedy musiałam się wręcz wyrywać. A potem, już po studiach, odkąd zaczęłam pracę jako sekretarka w dużej firmie... potem było jeszcze kilku, jeden podobny do drugiego, ze świetnym samochodem, umięśniony, opalony i odwożący mnie pod moje nowe mieszkanko, zabierający nad morze albo w góry, albo po prostu do kina. Wszystko to trwało aż piętnaście lat. Piętnaście lat, w czasie których chciałam zapomnieć o tym... Chciałam zapomnieć o Antonie, wytrzeć go z pamięci, zupełnie wymazać, ale nie mogłam.
Kelner wytrącił mnie z moich rozmyślań pytaniem, czy może coś jeszcze podać. Miał takie oczy, lekko roześmiane, jakby ironiczne. Wysokie czoło. Przypominał mi mojego pierwszego chłopaka, Svena, wakacyjną miłość. Powiedziałam, że jeszcze jedno piwo, tym razem duże, i pomyślałam, że Sven mógłby mi teraz pomóc, na pewno powiedziałby, co mam robić. Bo ja z moim pierwszym, choć już minęło prawie osiemnaście lat, wciąż byłam w kontakcie. Widywaliśmy się regularnie co roku na piwku czy kawie, rozmawialiśmy, każde mówiło co u niego, czasem nawet radziliśmy się siebie, a często... tak, często szliśmy do łóżka, kochaliśmy się ot tak, po prostu, bez zobowiązań i po roku znowu powtarzaliśmy cały rytuał. Ten kelner był całkiem do niego podobny, nawet miał podobne dłonie, i może dlatego odruchowo wyciągnęłam telefon, chciałam napisać wiadomość, cokolwiek, żeby dostać odpowiedź i poczuć, że Sven mnie wspiera, że jest gdzieś tam, ale jednocześnie dość blisko, że teraz, w tym najważniejszym momencie, nie będę sama.
Ale nie napisałam, bo Anton właśnie wszedł do baru. Szedł prosto, pewnie, jak przed piętnastoma laty. Nie zmienił się, może tylko trochę postarzał, wydawał się bardziej zmęczony, miał większy brzuch, szpakowate włosy, zmarszczki na czole. Ale jednocześnie zachowywał się jeszcze bardziej pewnie, jeszcze mocniej stąpał po podłodze.
W pierwszej chwili odwróciłam głowę, bałam się, że mnie zobaczy, ale on usiadł przy barze, zamówił piwo, zagadał do barmana. Usłyszałam z daleka jego twardy, niski, wręcz dudniący głos, usłyszałam, jak się śmieje, potem jak z kimś rozmawia przez telefon. Przez kilka dłuższych chwil przyglądałam mu się w odbiciu w oknie, za którym właśnie zaczęły świecić uliczne latarnie. Piłam po kilka łyków na raz, powtarzałam w głowie słowa, które do niego skieruję, tak jakbym uczyła się ich na pamięć. Kilka razy próbowałam się podnieść, mówiłam do siebie: „No idź! Rusz się!”, ale to nie dawało żadnego rezultatu. Kelner znowu podszedł, zobaczył, że mój kufel jest już pusty. Uśmiechnęłam się do niego, poczułam, jakby mnie wybawiał z kłopotu, chciałam nawet powiedzieć, żeby tak został, stojąc nade mną i zasłaniając bar. Ale zamówiłam kolejne piwo i dopiero kiedy odszedł, zobaczyłam, że jego przy barze już nie ma.
Zerwałam się na równe nogi. Ogarnęła mnie panika, przecież to nie mogło tak być, Anton nie mógł sobie pójść, ale sekundę później dostrzegłam ledwie napoczęte piwo na blacie baru. Obok popielniczkę, którą barman właśnie wymienił; postawił czystą. Zrozumiałam, że prawdopodobnie poszedł do toalety i poczułam, że ja też muszę, że to nawet może być dobry moment, że spotykamy się, wychodząc niemal równocześnie i jakby przypadkiem...
Kelner podszedł z zimnym napojem i wskazał mi drogę do toalety, do której prowadził szeroki korytarz, oświetlony przyjemnie ciepłym światłem. Nie spotkałam go w drodze do łazienki, dlatego też załatwiłam szybko swoją potrzebę, spędziłam kilka chwil, myjąc intensywnie dłonie i przypatrując się swojej twarzy w lustrze. Minęło już tyle lat, byłam dorosłą kobietą. Wszystko w moim życiu się zmieniło, a ja nadal reaguję na niego jak wtedy, kiedy miałam osiemnaście czy ledwie dziewiętnaście. Wciąż jestem taka jak wtedy, wciąż w tym tkwię. Dlatego przed lustrem zrozumiałam, że nie mogę się wycofać, muszę to zrobić, tu i teraz!
Opuściło mnie zdenerwowanie, poczułam się pewnie jak nigdy. Może trochę zbyt gwałtownie wyszłam z toalety, pewnym i mocnym krokiem wróciłam do stolika i biorąc swoje piwo, usiadłam przy barze. Uśmiechnęłam się do barmana, który również uśmiechnął się do mnie. Zaproponował jakąś przekąskę, ale ja podziękowałam. I właśnie wtedy Anton przyszedł.
Nie, nie podskoczyło mi ciśnienie. Zupełnie naturalnie, tak jak to się robi, siedząc przy barze, spojrzałam na niego, na człowieka, który zajmuje miejsce obok, i wysłałam mu powitalny uśmiech. Uśmiechnęłam się swobodnie, on odwzajemnił grymas, a ja wróciłam wzrokiem do barmana, który kręcił się wokół ekspresu do kawy i coś wycierał. Potem wypiłam dwa, może trzy łyki. Pomyślałam, że po dwóch albo trzech łykach powinnam usłyszeć, jak się do mnie odzywa, jak coś mówi, ale Anton się nie odezwał. On mi się przyglądał, patrzył na mój profil, kilka razy zerknął na moje piersi. Poczułam jego zapach, który nie zmienił się od tamtego czasu, usłyszałam, jak charakterystycznie chrząknął i wtedy spojrzałam na niego tak, jak patrzy się na kogoś, do kogo ma się ochotę otworzyć usta.
Czekał na to uśmiechnięty, nawet, powiedziałabym, zadowolony. Dobrze, że już wieczór, zagaił, na dworze jest koszmarny upał. Na takie upały najlepsze jest piwo, odparłam; zrozumiałam, że mnie nie rozpoznał. To oczywiste, zupełnie nie powinnam się dziwić, przecież od tamtego czasu przeszłam metamorfozę z nastolatki w dorosłą, trzydziestotrzyletnią kobietę. Zmieniło mi się wszystko, nawet głos. Choć podobno nie dotyczy to oczu, ale czy mężczyźni potrafią to zauważyć? Jak widać na jego przykładzie, nie. Rozbawiło mnie to, wypiłam łyk piwa i wdałam się w uprzejmą konwersację. Mówił, że jest w delegacji, ja mówiłam, że jestem przypadkiem, skłamałam, że czekam na znajomego, ale chyba nie przyjdzie.
Uśmiechał się do mnie tym szerzej, im więcej alkoholu miał we krwi, a ja coraz bardziej przypominałam sobie dawne czasy i coraz większą miałam ochotę. Kiedy nasze dłonie przypadkiem zetknęły się na blacie baru, on przeprosił, a ja powiedziałam, że nie ma sprawy, nie boję się. Uznał to za żart, roześmiał się i zaczął jakąś historię, której zupełnie nie słuchałam. Nie mogłam oderwać się od jego twarzy, od tych zmarszczek, od dłoni, które gestykulowały zupełnie jak dawniej, od głosu, jeszcze mocniejszego i głębszego. To było jak impuls, jak nagły błysk w głowie, być może spowodowany jego wzrokiem błądzącym wciąż wokół mojego biustu, a czasem zjeżdżającym na moje uda i stopy, które, dobrze widoczne, coraz bardziej zdawały się zaprzątać myśli Antona. Dotknęłam... nie, ja chwyciłam jego dłoń i położyłam sobie na udzie. Przerwał swój słowotok, uśmiechnął się i spojrzał tak głęboko w oczy, że byłam niemal pewna, iż w końcu mnie rozpoznał. Jednak wciąż nie! Pochylił się, ocierając szorstkim policzkiem o mój policzek, szepnął mi do ucha, że jestem piękna. Powiedziałam, że wiem, a on wtedy przesunął swoją silną dłoń wzdłuż uda. W górę i w dół. Potem lekko nacisnął i jakby nigdy nic wrócił do wątku swojej opowieści. Ale ja już tylko pragnęłam, żeby to się stało, żeby jego dłoń przesunęła się wyżej, pragnęłam wyjść z tego baru, pójść z nim tam, dokąd tylko mnie zabierze i pragnęłam...

Zapytał, czy piję swoje piwo, bo chyba od dłuższego czasu go nie tknęłam. Wyrwał mnie z błogiego stanu, uśmiechnęłam się niepewnie i chyba chciałam coś powiedzieć, ale zamiast tego chwyciłam go za dłoń, zeszłam ze stołka i pociągnęłam go za sobą. Anton uśmiechnął się znacząco, rzucił barmanowi, żeby zapisał to na numer jego pokoju, i poszedł za mną, mówiąc, żebym się tak nie śpieszyła, że on ma ochotę jeszcze porozmawiać. Ale ja nie miałam. Chciałam, żeby to się wreszcie stało. Chciałam go mieć dla siebie, wyprostować lub zakończyć definitywnie wszystkie sprawy, wszystko zacząć od początku. Myśli kłębiły mi się w głowie, wszystko wirowało, kiedy w windzie dotykał moich piersi, kiedy otwierał drzwi do swojego pokoju i ściągając moją bluzkę, mówił, że nie wypuści mnie stąd szybko. Ja mówiłam, że nie chcę wyjść szybko, nie mam ochoty, a on śmiał się, dosłownie dudnił tym swoim głosem i ściągał bieliznę, a ja właśnie pozbywałam się spodni i majtek. Nie rzucił się na mnie jak sztubak, tylko podszedł, spokojnie przygarnął do siebie, dotknął moich piersi, pośladków, wewnętrznej strony ud, dotknął wszystkiego, czego chciałam, żeby dotknął, a potem czułam się tak, jak chciałam się czuć.
I kiedy zasypialiśmy nago, przykryci jedynie prześcieradłem, pomyślałam, że to niemal niemożliwe, że jeszcze się nie zorientował, że to ja, Kristin. Wtedy przez krótki moment chciałam mu to powiedzieć, ale potem, zamykając oczy, zdecydowałam, że zrobię to za chwilę, za kilka minut, później...

Początek Książki Główna

książki
autorzy
wywiady
recenzje
linki
galeria