JanKa. Wydawnictwo i...
kontakt wydawnictwo redaktornia poradnia dtp przyślij tekst
 
 
 
sprzedaż
nowości



zapowiedzi


*
Wojciech Szlęzak Jabłoń

Monika Mostowik Człowiek w studni

Nowości


Zofia Mossakowska - 'Akrobaci'

Zofia Mossakowska

Akrobaci


Wydanie I

Stron: 272

Format: 145x205mm

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

ISBN 978-83-62247-44-8

Cena: 29.40 zł

Premiera: 20 maja 2016


Gdyby nie piękna Helena, Antek - młody, utalentowany i nadwrażliwy - wcale nie wychodziłby z domu, uwięziony w inwalidzkim wózku. Gdyby nie Antek, Helena skupiłaby się wyłącznie na własnym życiu - i być może udałoby się jej zostać czyjąś żoną, tłumaczyć Owidiusza. Ale gdyby nie oni oboje, spory światek ludzi zapomnianych tkwiłby w swoich chorobach, lękach, uprzedzeniach, samotnościach. Tymczasem jej wpadł do głowy pewien pomysł, a on stał się twórczym jego realizatorem - wspólnie ożywili umierający w czasach fejsbuka staroświecki zwyczaj pisania listów. Nie bez niespodzianek, napięć i rozczarowań. Ale i tak ratujący stali się uratowanymi. Rozesłane uczucia wróciły powrotną pocztą.

Autorka o książce:
Przechowuję wszystkie ważne listy. Od siedemnastoletniego chłopaka, który później został moim mężem; od nieżyjącej mamy, która miała piękny charakter pisma i nawet jej recepty były miłe dla oka, stała się ulubienicą aptekarek; od babci, której w wieku dziewięćdziesięciu lat mocno drżały ręce, ale pisała. List to ofiarowany czas; dla siebie piszącego, dla adresata. Nie może być krótszy niż strona, wymaga pewnej elegancji, sam w sobie jest artefaktem. Zamknięcie słów w kopercie wiąże się z odpowiedzialnością. Adresat nie zareaguje od razu, to pozwala na więcej. Czujemy to, pisząc list. To inna czynność niż posługiwanie się gotowymi klawiszami. Dzięki technice dziś wymiana słów na odległość to często kwestia minut, sekund, ale równie szybko następuje zapominanie. "Akrobaci" są książką, która ma coś z przemijającego myślenia o listach.

Fragment:
- Cześć, Akrobato! - Dopiero zbliżała się do progu mojego pokoju. Uprzedzała mnie, zupełnie jakbym mógł myśleć, że ktoś inny mnie odwiedza. - Fajnie, że cię zastaję w domu.
To była nasza gra. Zawsze ta sama.
- Już miałem wyjść, ale przyszło mi do głowy, że wpadniesz. To zrezygnowałem.
- Cholernie miło z twojej strony. Zajebiście.
- Wiem. Ja po prostu taki jestem - zajebisty.
Wyglądała jak zwykle, czyli zmęczona i niedospana.
Było dla mnie zagadką, co doprowadza ją do tego stanu. Teoretycznie mogła i odpocząć, i porządnie się wyspać. Chciałem wiedzieć, dlaczego tego nie robiła. Zamiast tego miałem pewność, że ominą mnie wszelkie wyjaśnienia.
Niekoniecznie z braku zaufania. Czy dlatego, że jako facet nie zrozumiem. Ona i ja generalnie się rozumieliśmy. Więcej, byliśmy przyjaciółmi. I całkiem nieźle się nam to udawało, pomimo teoretycznie konfliktogennego układu.
Facet i kobieta.
Należy dodać, że dwukrotnie starsza.
- To chyba głupio brzmi, kiedy stara ciotka używa takich słów, co? - zapytała. W założeniu miało być chyba dowcipnie. Wypadło pierzchliwie.
- Takich jak „zajebisty”?
- Na przykład... Ale znam jeszcze gorsze.
- Wierzę ci. - Nie chciałem jej zachęcać. Czasem inicjowała takie wprawki, bez zachwytu z mojej strony. Poza tym za chwilę wejdzie mama. - Nie jesteś stara. A ciotka z ciebie przyszywana, żadna prawdziwa.
- To coś zmienia?
- Właściwie nie - przyznałem. Oboje roześmieliśmy się, prawie w tej samej chwili.
Była jedyną osobą, z którą umiałem się śmiać.
Jak zawsze przyniosła swoją wierną torbę, przeogromny egzemplarz, ciężki i nieporęczny. Siadając na moim łóżku - ja jak zwykle okupowałem miejsce przy biurku - przekładała ją sobie z ramienia na kolana. Wyglądało to tak, jakby ją tuliła. Zamiast dziecka, którego nie miała. Ktoś - ktoś głupi - mógłby tak pomyśleć.
Pogładziła tę torbę czułym gestem.
- Dla ciebie. - Jej dłoń zanurkowała głęboko, wróciła wypełniona aksamitem. Było to pąsowe etui, ja najlepiej je znałem. Tak jak ten kolor.
Majestatyczna czerwień.
Może wybrała ją ze względu na mnie.
- Dzięki. - Odebrałem czerwono opakowany przedmiot. Tak mienił się mój cyrkowy kostium. - Dużo tego?
- Do pełna.
- Super. Przyda się na wakacje nad morzem.
- Chcesz jechać nad morze?
- Ja nie, matka. Uważa, że tego potrzebuję.
- Pewnie tak jest.
- Może.
Znowu się zaśmieliśmy.
- A ty nie masz ochoty?
- Nie wiem - Byłem z nią szczery. - Sto lat nie byłem nad morzem.
- Można wiedzieć, jak ty to liczysz, smarkaczu?
- I tak byś nie zrozumiała.
- Fakt - potwierdziła natychmiast. - W liczeniu jestem kompletnym matołem.
Oczywiście kłamała.
- A jakbyśmy tak razem pojechali? - zapytała z uśmiechem.
- My? - Chciałem to przedłużyć. Jej uśmiech zawsze mnie powalał.
Choć w moim przypadku jest to może głupie określenie.
- Może nad morze? - rzuciłem w powietrze.
- Może. - Ale może miała na myśli „morze”. Nie wiem dokładnie.
- Ja, ty i matka?
Pokręciła głową. Jakby mnie karciła.
- Nie, smarkaczu, w odwrotnej kolejności.
Zamachałem głową, trochę za szybko.
Nie. Żadnego wyjazdu.
Poczułem jej dłoń na swojej. Była zimna. Jak dotąd nie pojąłem, dlaczego ktoś taki jak ona ma zimne dłonie.
- Spacer? - zaproponowała łagodnie. - Co powiedziałbyś na cudowny spacer dookoła bloku?
Potrzebowałem paru chwil.
- Okej - zgodziłem się w końcu. Byłem przecież zajebisty. - Może być nawet do naszego cudownego parku.
- Wow, smarkaczu! - powiedziała. - Naprawdę odważny z ciebie facet.
Zajrzała mi w oczy. Ktoś może dodałby: „zalotnie”. Czasem taka starała się być... Zalotna.
- Zaraz tam smarkacz.
Wypchnęła do przedpokoju wózek inwalidzki. Oraz mnie.
W nim siedzącego.

Teraz już wiecie.
Jestem akrobatą i mam niesprawne ciało. Tak na dobre.
Co oznacza, że nigdy nie będę chodził.
Nie tylko tak, jak wcześniej, czyli jako cyrkowiec. Po linie, równoważni, po barierce.
Nie.
Ja nie będę chodził wcale.
Nie stanę w pozycji pionowej, na dwóch nogach, moje stopy mnie nie podeprą. Nie poczuję tych nóg i tych stóp.
Moje czucie kończy się mniej więcej na splocie słonecznym.
Z kilku powodów, jak sądzę. Po pierwsze dlatego, że ciało czuję jedynie od splotu słonecznego w górę.
O czym wspominałem.
Po drugie - bo w tym miejscu czuję ból. Oczywiście, nie tylko tam - ale przede wszystkim.
Dobrze, że pozostał mi ten splot. Słoneczny.
Istnieją teorie twierdzące, że splot słoneczny jest jednocześnie odbiornikiem i nadajnikiem łączącym jednostkę - czyli człowieka - ze wszechświatem. Jest rodzajem czułej membrany reagującej na drgnienia cząsteczek kosmosu.
Czułej, inaczej drażliwej.
O, tak.
To na pewno.

recenzja wywiad | nowości


Magdalena Knedler, „Winda”

Magdalena Knedler

Winda


Wydanie I

Stron: 240

Format: 145x205mm

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

ISBN 978-83-62247-42-4

Cena: 28.56 zł

Premiera: 12 lutego

Patroni medialni:



Gospodyni domowa i facet z korporacji, dżentelmen ze Lwowa i dwoje wieśniaków mówiących gwarą, doktorantka i makijażystka, Żyd i Japonka z przeszością gejszy, zakompleksiona psycholożka, niedoszła zakonnica i ginekolog z prywatną praktyką. I tak - arbitralnie, ale nieprzypadkowo - dobrane grono osób zaczyna żyć własnym życiem; i - co paradoksalne - grupa nie rozpada się, nie pulsuje konfliktami. Staje się wspólnotą. A zbliża tych ludzi do siebie tyleż tytułowa winda, z której muszą korzystać, mieszkając w dziesięciopiętrowym bloku we Wrocławiu, co zastosowana w książce perspektywa autorska. Każdy z bohaterów jest oglądany wielokrotnie - od środka i z zewnątrz, ze współczuciem i humorem, z prawem do słabości i ambitnych marzeń, każdy ma szansę na wspomnienia i nasycenie języka charakterystycznymi dla siebie pojęciami i emocjami. W efekcie winda w tej opowieści to nie tylko ów bezduszny mechanizm. To też rodzące się między ludźmi więzi, dzięki którym obcy zamieniają się w swoich, a dziwne na pierwszy rzut oka indywidua w indywidualności - osoby z nadzieją na szczęście i spełnienie.

Autorka o powieści:
Stanisław Dróżdż, kaligramy Vaclava Havla i Koji Kamoji byli inspiracją podczas pisania „Windy”. To, że Kamoji łączy inspiracje kulturą japońską i polską, jest już jego znakiem rozpoznawczym na świecie. Ale na mnie ogromne wrażenie zrobiła wystawa „Wieczór - łódki z trzciny” (Galeria Starmach, 2006), gdzie wprowadził dwa utwory muzyczne: japoński i klezmerski. A przecież galeria to dawna bożnica. W efekcie wytworzyła się nowa jakość - z pogranicza dwóch kultur. „Chciałem stworzyć jednolity klimat z czasów mojej przeszłości, ale też z czasów, gdy ta galeria była domem modlitwy. Chciałem odrębne światy połączyć ze sobą” - wyjaśniał. Ta wystawa musiała we mnie mocno tkwić, bo wprawdzie kiedy tworzyłam postaci Elego i Ai, nie myślałam o Kamojim, ale gdy już rozdziały skończyłam, w głowie miałam ciągle ten żydowski śpiew i japoński flet.

Fragment:
Ciasnota windy zawsze działa na Wandę inspirująco. Zupełnie jak gdyby myśli odbijały się od porysowanych tu i ówdzie ścian, po czym wracały do niej obrócone do góry dnem, przefiltrowane przez obcy umysł i obdarzone nową jakością. Wanda jeździ zatem windą w górę i w dół, ani na chwilę nie wypuszczając z ręki długopisu. Niespecjalnie obchodzi ją to, że na którymś z pięter ktoś może czekać. I że ten ktoś chce, na przykład, skorzystać z windy w celach czysto praktycznych, nie zaś - tak jak w wypadku Wandy - użyć jej niezgodnie z przeznaczeniem. A jednak ta jazda w górę i w dół jest ważna, jest fundamentalna. Chodzi o niemożliwość ucieczki, o ruch, o szybki kolejnych pięter przesuwające się przed oczyma, o te małe okienka właśnie, które wrzynają się w introspekcję, zakłócają świat myśli i przypominają o innym świecie, zewnętrznym. Przypominają o słońcu i deszczu, korytarzu i klatce schodowej.
Najlepiej jest między godziną dziewiątą a szesnastą. Wtedy większość sąsiadów znajduje się w pracy, w szkole, na uczelni. Zajęci swoim zwykłym życiem nie pamiętają o windzie, przeważnie nie. I wtedy Wanda może być spokojna. Nikt jej nie zatrzyma, nikt nie wejdzie między parterem a dziesiątym piętrem, nie zdepcze inspiracji i refleksji trywialnym „dzień dobry, ładna pogoda”. Tak, od dziewiątej do szesnastej wiele może się wydarzyć i wiele można napisać, pisanie zaś to drugie życie. A zatem długopis. Zatem notes. Wysłużony, z wytartym grzbietem, choć przecież Wanda od niedawna pisze i nie ma wielkiego doświadczenia. A ten notes wygląda tak, jak gdyby skradła go uczniowi poety Bash?, który pokrzywił palce i myśli na tworzeniu haiku.

Pastuch w łachmanach
pilnuje stada owiec
niebo szarzeje

(...)

Stara Rifka znała się na wszystkim. Każdy, słuchając jej, uśmiechał się znacząco i z nutką politowania, a jednak nikt nie odważył się zaprzeczyć słowom, zakwestionować opinii, odmówić wiedzy i doświadczenia. Każdy też smutniał odrobinę podczas długich tyrad Rifki, każdy wreszcie popadał w osobliwą zadumę. Babcia umarła w ubiegłym roku, a Eli musiał przenieść wszystkie egzaminy na uczelni na wrzesień, by polecieć na pogrzeb. W Kanadzie, na Wyspie Księcia Edwarda, gdzie spędził całe swoje wcześniejsze życie, czerwiec nie był tak upalny jak w Polsce. Mimo to w sadzie czerwieniły się już delikatnie drobniutkie jabłuszka. Specjalna odmiana. Eli wciąż czuł na języku ten cierpki smak. Zjadł je wtedy znowu. Dokładnie siedem sztuk. Siedem. Jak w cholernym żydowskim świeczniku... A przecież zupełnym przypadkiem zjadł akurat tyle. Szeptem liczył ogryzki, nie wiadomo po co. Połykał kęs za kęsem, krzywiąc się i mrużąc oczy, aż wreszcie gorycz owoców zmieszała mu się w ustach z solą łez. Usiadł pod drzewem i płakał. Wiedział, że tym razem nie będzie ględzenia, zrzędzenia i narzekania, nie będzie zalatujących gnojówką ziółek, nie będzie ulgi po wypiciu ciepłego płynu. Tylko ból brzucha i smutek, smutek, smutek... Bo jej już nie było.

Babcia Rifka ucieszyła się, kiedy Eli oznajmił, że chce studiować w Polsce. Polska... Oczy Rifki zaszkliły się na chwilę, a potem starsza dama splunęła pod nogi i mruknęła coś o pierdolonych nazistach i jebanych komunistach. Tak, tak, babcia nauczyła wnuka swojego ojczystego języka. Eli znał polszczyznę na wskroś, wiedział, jak opisać zapach świeżego chleba, smak mleka z miodem, omówić prozę Prusa i poezję Mickiewicza, którego nie znosił. Bo całą poezję miał w..., tak właśnie tam, jak już sam ze sobą niegdyś ustalił. I znał też Eli słowa „kurwa”, „jebać” i „chuj ci w dupę”. No bo jakże inaczej? Kto normalny posługuje się li tylko kwiecistą stylistyką i wyszukaną frazeologią? No kto? Pytała Rifka, kręcąc z dezaprobatą głową.
Babcia kląć umiała po polsku, niemiecku, angielsku, francusku, hebrajsku i w jidysz. A co! Długo żyła, to i czas na edukację znalazła. A przed wojną w dobrym tonie było, by panna z porządnego domu znała języki obce, bo przecież wówczas nikt nie myślał o posyłaniu córek na studia techniczne, medyczne, nikt nie słyszał o kobietach pilotujących myśliwce, programistkach, kierowcach rajdowych... Tylko te głupie hafty, literatura i języki obce. Ewentualnie muzyka, pianino, broń Boże gitara, gitara jest cygańska, plebejska, dziewczętom z zamożnego mieszczańskiego domu nie uchodzi... I tak dalej. Kilka wyjątków, jakaś Curie-Skłodowska czy inna Coco Chanel, nie spowodowały natychmiastowej przemiany obyczajów. Takie to życie, mawiała Rifka, rumieniąc się ze złości. Chciała ponoć studiować architekturę, mosty budować, może jakieś wieże, wzorem Eiffla, ale rodzice nie wyrazili zgody. Niby tacy postępowi bogaci Żydzi, co na edukację dzieciom nigdy nie żałowali. Córkę również na studia posłali. Na polonistykę! „Myślałby kto”, mawiała Rifka, „jak gdybym od tego miała stać się bardziej polska!”.
Eli uwielbiał opowieści babci. Nigdy nie miał dość, sam zagadywał i słuchał jej z wypiekami na twarzy. „Nie jest za młody na te historie, mamo?”, pytał raz po raz ojciec, ale Rifka zbywała go prychnięciem. „Za młody, za młody! Będę czekała, aż podrośnie, i w końcu umrę z tego czekania, a jak umrę, to już mu nikt nie opowie i tyle!”, gderała. Eli zacierał ręce. Babcia zawsze była po jego stronie.
Najchętniej słuchał historii o wojennej Warszawie. O getcie i powstaniu. Babcia należała do pokolenia Kolumbów, tłumaczyła mu, że tak określano później ludzi, którzy urodzili się w pierwszej połowie lat dwudziestych ubiegłego wieku. A jednak kiedy wybuchła wojna, Rifka nie czuła się żadnym Kolumbem, żadnym odkrywcą-zdobywcą. Była Żydówką, a to wystarczyło, by odpowiednio ją zaklasyfikować, zdefiniować, udekorować przepaską... Babcia wypowiadała słowa „udekorować” i „przepaska” z ironią, spod której zawsze przebijały smutek i uraza. Trafiła do getta, oczywiście. Tak zawsze mówiła. „Trafiłam do getta, oczywiście”, jak gdyby inny los w ogóle nie był jej pisany. I jeszcze: „nie ja jedna, wszyscy trafiliśmy”, dodawała, mając na myśli całą swoją rodzinę.
Nie pamiętała, jak wydostała się zza muru i co dokładnie wydarzyło się później. Jedynie poszczególne sceny, twarze, głosy, dźwięki i zapachy. Głód i strach. Z początku tylko relacjonowała wydarzenia, ale kiedy Eli podrósł, zaczęła wzbogacać opowieść o detale. Wrażenia. Przemyślenia. Punkt widzenia. Emocje. Strach.
Historia ogarniętej wojną Warszawy zawsze była jej jednostkową historią. Rifka mówiła o tym, jak wegetowała w piwnicy po ucieczce z getta, a nad głową rozgrywał się wielki i skazany na klęskę spektakl powstania warszawskiego. Opowiadała, jak bardzo pragnęła odegrać w tym spektaklu swoją rolę. „Byłam gotowa umrzeć za to miasto, za ten cholerny, popieprzony kraj, w którym nikt nigdy nie wie, czego chce”, wołała z zapałem.
Eli był już dorosły, kiedy dołożyła ostatnie frazy ze słowami „cholerny” i „popieprzony”. Przestała się bawić w kurtuazyjne bajki o heroicznych czynach. Wtedy mogła już sobie pozwolić na złość, na ujawnienie negatywnych emocji. Eli zdawał sobie sprawę z tego, że Rifka świetnie orientowała się w polityce i o Polsce wiedziała wszystko, bo mimo kilkudziesięciu lat spędzonych w śmierdzącej klonami Kanadzie nadal czuła się Polką. Czuła się Polką także podczas wojny, czuła się warszawianką, ale „jebani” Niemcy i „pierdoleni” komuniści zabrali jej ten świat na zawsze. Tak mówiła, właśnie tak! W nosie miała krzywe spojrzenia swojego polsko-żydowsko-kanadyjskiego syna i na wskroś kanadyjskiej synowej. Syn niewiele rozumiał, a synowa nie rozumiała absolutnie nic. Rifka tylko w Elim pokładała nadzieję.
Swojemu wnukowi opowiadała zatem, jak znalazła sobie nową ojczyznę, bo nie należała do tych, co tylko jęczeli, że im źle. Wolała wziąć się za robotę, zająć zwyczajnym życiem, którego wartość tkwi w szczegółach, w pozornie nieistotnych zdarzeniach. Nie każdy przecież mógł pójść na łatwiznę i trąbić o naprawie świata, w rzeczywistości nie robiąc absolutnie nic. Ktoś musiał pracować naprawdę, zarabiać na chleb, wychowywać dzieci, gotować, prać, sprzątać, dbać o jabłonie w sadzie. A czasem pogadać o duperelach przy kawie w kuchni, żeby nie zwariować. I o ziemniakach również należało pamiętać. Na Wyspie Księcia Edwarda, ostatnim miejscu na świecie, do którego Rifka spodziewała się trafić, urodzajna i żelazista gleba idealnie nadawała się pod ich uprawę. Dziadek Eliego, Edwin Richter, robotny kanadyjski rolnik, zabójczo przystojny aż do późnej starości, miał do ziemniaków złote ręce. Swego czasu upierał się też nad hodowlą krów mlecznych, ale Rifka oświadczyła, że krów doić nie będzie, że po krowach nie zamierza sprzątać i że do krowy nawet nie podejdzie. Tak jej zostało do końca życia. Kiedy szli na spacer z Elim i na ich drodze pojawiały się krowy, Rifka prychała z dezaprobatą. A Eli się śmiał. Czuł dziwną jedność z babcią. Wstyd mu się zrobiło, kiedy uświadomił sobie, że być może kocha ją bardziej niż swoich rodziców.

Rifka pracowała, dbała o jabłonki i ziemniaki, a mimo to o przeszłości nie zapomniała nigdy. I Eliemu również nie pozwoliła. A Eli co? Jej wnusio, duma, babcina maskotka, zamierzał jechać do Polski studiować! Rifka przestała w końcu wyklinać komunistów, pokiwała głową nad zmianą ustroju - choć przecież tam, w sejmie, mówiła, ciągle pałętają się niedobitki z PZPR i tylko czekają na odpowiedni moment, by uderzyć... - i zaczęła opowiadać o Warszawie. Zrzędziła trochę, że widziała zdjęcia w internecie i jej zdaniem teraz miasto już nie takie ładne, jak kiedyś. „Nastawiali kanciastych maszkaronów, bo przecież komuniści za grosz gustu nie mieli, to jasne”, powtarzała niczym mantrę. Mimo wszystko jednak Warszawa była dla starej Rifki swoistą Itaką. Itaką, do której, w przeciwieństwie do mitologicznego Odyseusza, wrócić nie miała nigdy.
Eli słuchał babci, a żołądek coraz bardziej podchodził mu do gardła. Jakby jej to powiedzieć, jak zacząć... Wreszcie zaczerpnął tchu.
Babciu, ja nie do Warszawy bym chciał, ja o Wrocławiu myślałem...
Rifka umilkła i zamrugała gwałtownie oczami.
Jakże to? Wrocław? Breslau? To miasto germańskie, przez lat tyle ściskane w łapskach pieprzonych Prusaków? Hob rachmones [okaż litość]! - Oddech babki stał się przyspieszony i płytki.
Eli spodziewał się tej lawiny słów wyrwanych z kilku różnych języków, która po chwili przygniotła go swoim ciężarem. Litości! Rachmones! Tę prośbę zawsze wypowiadała w jidysz. Zostało jej z czasów getta, choć wtedy kontekst był przecież zupełnie inny. A Rifka dalejże komentować... Breslau germańskie! Hob rachmones, hob rachmones! A jak Prusacy wrócą? A jak historia się powtórzy? A jeśli znowu Noc Kryształowa się przytrafi? A jeśli Niemcy się upomną, że to przecież ich? Już tam coś słychać o jakichś centrach wypędzonych... Już ona by im dała centra wypędzonych! A że ją - Rifkę - z Warszawy wypędzono, to nikt nie raczy pamiętać! Eli siedział cicho i tylko kręcił głową. Nie odzywał się. Co by mu przyszło z użalania się nad babci rozumieniem historii? Dla niej ruskie i germańskie znaczyło złe. Automatycznie. Ale co robić? Eli uparł się na Wrocław. I pojechał... Wcześniej jednak zwiedził sobie Warszawę.

recenzje wywiad | nowości


Powrót

książki
autorzy
wywiady
recenzje
linki
galeria