JanKa. Wydawnictwo i...
kontakt wydawnictwo redaktornia poradnia dtp przyślij tekst
 
 
 
sprzedaż
nowości



zapowiedzi
Monika Mostowik Człowiek w studni

Nowości


Cień jabłoni

Wojciech Szlęzak

CIEŃ JABŁONI


Wydanie I

Stron: 240

Format: 205x145mm

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

ISBN 978-83-62247-48-6

Cena: 28,56 zł

Premiera: 1 grudnia 2016

Patroni medialni:


O książce:
„Cień jabłoni” to opowieść o spoglądaniu w głąb siebie. O tęsknocie za trwałością, która w płynnym świecie wywołuje nieustanną frustrację. Przypadkowe spotkanie dwóch mężczyzn, których na pozór dzieli wszystko - wiek, bagaż życiowych doświadczeń, temperament - staje się pretekstem do konfrontacji perspektywy mistrza i ucznia, a jednocześnie rozpaczliwą próbą uwiarygodnienia się przy drugim człowieku. Prowadzi to do intymnej spowiedzi, która dotyka spraw i emocji najważniejszych: miłości i nienawiści, wstrętu i pożądania, euforii i rozpaczy, sukcesu życiowego i klęski. A w tle pulsuje życie polskiej prowincji, gdzie starsi bilansują własne dokonania, a młodzi - w cieniu globalizującego się świata - przymierzają marzenia. Gorycz niespełnienia dopada i jednych, i drugich, ale Wojciech Szlęzak - poruszając i porywając tokiem fascynującej gawędy - wzorem swego mistrza Myśliwskiego stwarza czytelnikowi nieoczekiwaną perspektywę obłaskawienia rzeczywistości.

Autor o książce:
Odkąd pamiętam, interesowała mnie raczej przeszłość niż przyszłość. Łapczywie słuchałem opowieści dziadków o wydarzeniach sprzed lat. Moje myśli uporczywie krążyły wokół tego, co minione, zamiast wybiegać naprzód, jak nakazywałyby prawa młodości. „Cień jabłoni” to również zapis z podróży w przeszłość. Podróży, która staje się próbą odzyskania tożsamości i sensu własnego życia. Głównym zamiarem, jaki przyświecał mi podczas pisania tej książki, było ukazanie jak najpełniejszego obrazu człowieka rzuconego w postmodernistyczną rzeczywistość, gdzie próżno szukać jakichkolwiek pewników. To historia o mierzeniu się nie tyle z przeciwnościami losu, ile raczej z samym sobą.

Fragment:
Trzydzieści lat minęło, a stodoła wciąż stała. I nawet obok zaparkowany był ciągnik, tyle że już inny. Wpatrywałem się w okno domu, licząc na to, że kogoś w nim zobaczę. I owszem, na chwilę pojawił się kontur ludzkiego ciała, lecz mężczyzna stał tyłem. Trudno. Nie wejdę, to się nie przekonam. W końcu po to przyjechałem. Wszedłem na podwórko i okrążyłem chałupę, ponieważ drzwi znajdowały się z tyłu. Tyle jeszcze pamiętałem. Nacisnąłem przycisk dzwonka. Cisza. Pomyślałem, że pewnie zepsuty, i energicznie zapukałem do drzwi. Te po chwili uchyliły się i w półmroku zobaczyłem zarośniętego mężczyznę. Nie miał prawej ręki. To znaczy miał, tylko że do łokcia. Śmierdział. Co tu dużo mówić, waliło od niego potem oraz gorzałą. Otworzył i tylko się na mnie gapił. Nie spytał, o co chodzi ani w czym może pomóc. Nic z tych rzeczy.
- Szukam kogoś - powiedziałem.
- Wchodź, Grzesiek.
Zaprowadził mnie do salonu. To znaczy salon może był tam kiedyś. Teraz była co najwyżej rupieciarnia. Zagracona wiadrami, pałąkami jakimiś, gołe kable wystawały ze ścian. Wszystkie krzesła miały pourywane oparcia, a podłoga się lepiła. Obrus na stoliku pokryty był niezliczoną ilością plam. Po podłodze poniewierały się opalcowane szklanki z fusami po kawie w środku, i trzeba było uważać, aby nie zahaczyć nogą. Poczułem kwaśny odór, aż się wzdrygnąłem, bo od dziecka wrażliwy byłem na zapachy.
- Wiedziałem, że kiedyś przyjedziesz. Ty albo Franek. Siadaj. Czego się napijesz? Piwo mam i kawę. Herbata wyszła - poinformował. - Po piwie nam przyniosę - sam podjął decyzję, zanim zdążyłem się odezwać, i zniknął w drzwiach do kuchni. Nie poszedłem za nim. Nie miałem ochoty oglądać reszty domu. Wrócił po chwili z dwiema butelkami w lewej dłoni. - Co tak stoisz? Siadaj. - Ruchem głowy wskazał na fotel.
Oparcie było wilgotne, ale nie poskarżyłem się, tylko przesunąłem na skraj i nachyliłem do przodu. Jędrek otworzył butelki o kant stołu, wyszczerbiony w tym miejscu i pozdzierany.
- Wypadek w pegeerze - powiedział, dostrzegając chyba, że wpatruję się w kikut. - Już lata temu. Z piętnaście będzie. Proszę. - Postawił piwo na stole. - Na żagle przyjechałeś? To spóźniłeś się. Sezon już się kończy. Zresztą od jutra wichurę zapowiadają. Co u Franka słychać?
- W porządku. Niedawno z Syrii wrócił. Budowy mostu tam doglądał.
- A u ciebie?
- Też w porządku.
- No to się cieszę.
Pociągnąłem nieco z butelki. Nie miałem pojęcia, jak zacząć. I w końcu zacząłem najgorzej, jak tylko możliwe. - Wiesz co, Jędrek, nie najgorzej mi się powodzi. Pomogę ci przez wzgląd na dawne czasy. Przyjaciele od tego są, żeby sobie pomagać.
Wybuchnął śmiechem. Śmiał się długo i obłąkańczo, a ja poczułem mrowienie na plecach.
- Pomożesz mi? Dobre! - Nie potrafił się opanować. - Przyjeżdżasz po dwudziestu latach i mówisz, że mi pomożesz. Nie wytrzymam. A może to ja pomogę tobie, co? - Nagle uspokoił się i wbił we mnie przenikliwe spojrzenie.
- Ty mnie? A w czym? - Nie umiałem ukryć zaskoczenia.
- A w czym byś chciał?
- Jędrek, to naprawdę nie jest problem. Opłacę kogoś. Przyjdzie tutaj posprzątać. Może jedzenia ci brakuje? Chudy jesteś jak szczapa.
Tym razem się nie zaśmiał. Siedział na jednym z tych rozwalonych krzeseł i gapił się na mnie. I ja też miałem okazję mu się przyjrzeć. Przetłuszczone włosy. Broda długa, postrzępiona, nierówna. Wyciągnięty sweter, z uciętym prawym rękawem, drelichowe spodnie. Nos wydawał się nienaturalnie duży. Wielka buła na samym środku twarzy. Nie potrafiłem sobie przypomnieć, czy zawsze był taki gigantyczny. No i kikut. Starałem się na niego nie spoglądać, ale nie potrafiłem. W którą stronę nie skierowałbym wzroku i tak po chwili powracał do blizny wychylającej się spod wełnianego materiału. A im bardziej się starałem, tym gorzej wychodziło.
- Na litość cię wzięło, co? - odezwał się wreszcie Jędrek, a jego głos aż zadrgał, nie wiem, czy z gniewu, czy z pogardy. - A może to ja nad tobą powinienem się ulitować. Nie pomyślałeś o tym?
- Jędrek, nie musisz się wstydzić - bezmyślnie brnąłem dalej. - Obcym ludziom pomagam. Bliskim też mogę.
- Wynoś się! - warknął, zrywając się z krzesła. - Niepotrzebnie przyjeżdżałeś. Słyszałeś? Wynoś się! I czego gapisz się na moją rękę? Brzydzi cię ona? A widzisz, mnie wcale. Myślisz, że to powód, żeby mi współczuć? O nie. To raczej tobie trzeba współczuć, skoro tak uważasz.
Patrzyłem oniemiały na kolegę z dawnych lat i nie potrafiłem zebrać myśli. Jędrek tymczasem sam siebie nakręcał. Zahaczył dłonią o jedną z butelek, która przewróciła się na stół i piwo zaczęło wylewać się na podłogę. W zacietrzewieniu nawet nie zwrócił na to uwagi. Jakiś obłęd nim zawładnął. Krzyczał, machał rękami. A wirujący w powietrzu kikut wyglądał makabrycznie.
- Może i nie było mi łatwo! Może i nacierpiałem się w życiu przez tamten wypadek! Cierpienie nie jest najstraszniejsze. Najstraszniejsze jest oglądanie, jak ktoś inny cierpi, mam rację? Nie możesz znieść mojego widoku? Brudnego kaleki mieszkającego na śmietniku. Nie jest tak? Widzę to w twoich oczach. Nie zaprzeczaj.
Nawet nie miałem zamiaru. Mężczyzna stojący nade mną napawał przerażeniem. W dodatku wydawał się zupełnie obcy. Zaczęły nachodzić mnie wątpliwości, czy faktycznie to Jędrka widzę przed sobą. Przecież to niemożliwe, żeby aż tak?
- Patrząc na mnie, przypominasz sobie, że ciebie też w każdej chwili może to spotkać. Każdego może. I w końcu spotyka. W tej czy innej formie. Co, przyjemniej się żyje, nie dopuszczając do siebie takiej myśli? Może ci ulży, jak powiem, że to wcale nie jest takie koszmarne. Ani odrobinę gorsze od twojej codzienności. Myślisz, że twoje życie jest szczęśliwsze od mojego? Gówno. W każdym jest tyle samo smutków i radości. I nieważne, czy jesteś gwiazdorem z telewizji i każdego dnia zasypiasz na cycku modelki, czy żebrakiem spod kościoła. Nie musisz martwić się, co do gara włożyć, masz dach nad głową i kochającą rodzinę? Wydaje ci się, że nie masz problemów? Nie martw się. Już życie coś ci znajdzie. Zaczniesz obawiać się, że to wszystko stracisz albo najdą cię myśli, że może zmarnowałeś najlepsze lata, bo mogłeś zostać piłkarzem albo astronautą. Tyle samo zmartwień będziesz mieć co i ja. Człowiek nie został stworzony po to, żeby był szczęśliwy. Wiesz, o czym mówię, prawda?
Zgroza aż wbiła mnie w fotel, zapomniałem nawet o gnijącym, cuchnącym oparciu. Odsunąłem się, jakbym chciał znaleźć się jak najdalej od Jędrka.
- No, powiedz. Co cię trapi? Pieniądze masz, więc nie to. Nachodzą cię lęki? Tak, widzę. Zgadłem. Czego się boisz? Śmierci? A może życia właśnie? Nie ma się czego wstydzić. To normalne. Myślałeś kiedyś, żeby ze sobą skończyć? Typowe. Każdy na górze miewa takie myśli. Mówiłem. Suma trosk i radości musi się zgadzać. A o co masz się martwić, skoro niczego ci nie brak? Chyba tylko o sens tego wszystkiego. No i powiedz, który z nas ma lepiej? Dla mnie wybór prosty i wolę przejmować się tym, że nie mam czym kichy napchać. Nigdy bym się z tobą nie zamienił.

recenzje wywiad | nowości


Rozmowy Janiny Koźbiel</a>

SŁOWO I SENS

Rozmowy Janiny Koźbiel

Justyna Bargielska

Joanna Bartoń

Marek Bieńczyk

Julia Hartwig

Hanna Krall

Andrzej Stasiuk

Olga Tokarczuk

Piotr Tomaszuk



Wydanie I

Stron: 176

Format: 205x145mm

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

ISBN 978-83-62247-46-2

Cena: 26,20 zł

Premiera: 27 października 2016

Patroni medialni:


„Słowo i sens” to zbiór ośmiu rozmów z ludźmi pióra, których łączy przekonanie o wadze tego, co robią. Sposób, w jaki o tym mówią, zależy nie tylko od stawianych pytań, ale i od temperamentów, osobowości, doświadczenia życiowego, przekonań na temat roli literatury. Dlatego w książce czytelnik zetknie się z faktami, opiniami i emocjami dotyczącymi spraw odwiecznych i aktualnych, intymnych i publicznych, interesujących dla specjalistów i wciągających dla każdego. Będzie obcował z treściami metafizycznymi, ale i pospolitością naszą powszednią, z najwyższą powagą i wyrafinowanym żartem. Ten wielogłos jasno dowodzi, że ludzie sztuki, żyjąc wśród nas, często widzą ostrzej niż my, a myśli formułują odważniej. Ze swej roli wobec nas czytelników w żadnym razie i w żadnej sytuacji nie abdykują. Janina Koźbiel stworzyła im ku temu wyśmienitą okazję.

Autorka o książce:
Klucz wyboru rozmówcy u mnie jest zawsze ten sam - moje zainteresowanie twórczością, nie biografią, nie wystąpieniami publicystycznymi. To musi być twórczość, którą odbieram jako samoswoją, nienaśladującą nikogo, bo przekonałam się, że takie kryterium daje gwarancję naprawdę interesującej rozmowy. Rzadko się zdarza w takich wypadkach, abym nie znalazła paru przynajmniej spraw, które pisarzowi stworzą okazję do sięgnięcia w głąb siebie, do pokazania, jak rodzą się w nim idee, obrazy, postacie - pomosty do światów innych ludzi. A to pisarz i jego twórczość są bohaterami. Uznaję się za ich sługę, choć nie rezygnuję z osobistego punktu widzenia na ich dzieła i prezentowania własnych opinii; szczerość jest niezbędna, aby rozmowa miała właściwy ciężar i nie zamieniła się w gaworzenie. Bo czymś, czego najbardziej nie znoszę we współczesnej kulturze, jest zdziecinnienie.

„O podróżowaniu, mizantropii, Bogu i brzydkich słowach”
(rozmowa z Andrzejem Stasiukiem, fragment)

W tekstach publicystycznych używa pan prawie wyłącznie pierwszej osoby liczby mnogiej. Dlaczego?
Prowokacyjnie...

Pan jest nastawiony raczej na innych niż na siebie?
Jak się pisze literaturę, to też się prowokuje. Nieraz pisałem w imieniu swego narodu. Ja jako naród - bawiło mnie to. To bardziej dotyka. Gdybym mówił „ja, ja”, to nie byłoby takie dotkliwe, być może. Bawię się w głos tłumu, czytelnik reaguje. „Jak to? Ja, ja tak myślę? Niemożliwe...”. To jest gra - teatralna, literacka, nie publicystyczna.

W tych najlepszych miejscach literatury czuję pana, w publicystyce - czuję sprawę.
W niektórych wypadkach może sprawa wybiera sobie mnie. Jestem bardzo prosto skonstruowany, nie mam jakichś podziałów wewnętrznych, różnych poziomów. Czasem mnie coś wkurza i tyle.

A nie ucieka pan pod maskę „zwykły chłopak”, przywołując z własnej biografii burzliwą młodość, używanie alkoholu, więzienie...
Bardziej to podkreślają ci, którzy chcą mi przylepić tę gębę. Ja mówię o tym jako normalnym składniku rzeczywistości, ale robienie z tego kreacji - to nie moja specjalność. Przykro mi, że inni pisarze mają nudniejsze życie. Ale też ciekawe życie nie jest przecież warunkiem dobrej literatury.

Pan ucieka od odpowiedzi na pytanie...
Jasne, że uciekam. Ja - po pierwsze - sam nie znam odpowiedzi na to pytanie, a po drugie - na tym polegają nasze role: pani mnie chce dopaść, a ja będę przed panią uciekał...

Nie, nie chcę pana dopaść, ja bym chciała pana zrozumieć, opisać metodę twórczą.
Będę słabym pomocnikiem, bo nigdy mnie to nie interesowało, interesuje mnie nie metoda, ale twórczość jako przyjemność, coś, co daje radość, coś, czym mogę wypełnić swoje życie i nie czuć obrzydzenia, nie czuć, że jest ono niespełnione. Mam czasem wrażenie, że dostałem jakąś szansę i udaje mi się ją realizować, nie wiem. Ale w rozważaniach teoretycznych jestem beznadziejny.

Kiedy pan zrozumiał, że pisanie to jest ta droga życia?
Nigdy. Teraz, kiedy patrzę za siebie, tak myślę. Inni się męczą ze swoim życiem, a ja coś dostałem. I nie ma w tym żadnej mojej zasługi. Pisanie jest nieodłącznym składnikiem mojego życia, jest najważniejsze.

Mój syn twierdzi, że pisarstwo to sposób na przystosowanie dla nieprzystosowanych.
Pewnie tak. Nigdy nie robiłem problemu ze swojego nieprzystosowania. To jest jednak pewna wygrana. Niedostosowanie tak naprawdę jest ciekawością życia, ustawia życie w dystansie, w odległości, w sprzeciwie - i to jest cudne. Najgorszą rzeczą jest nuda. Ludzie nudzący się bez przerwy potrzebują jakiegoś zastrzyku, rozrywki, obrazu. A nieprzystosowanie daje nieustannie zdziwienie, umożliwia stawianie pytań o dolegliwości świata. A jak jeszcze można zrobić sobie z tego coś na kształt zawodu, czyli opisywać w książkach własne niedostosowanie i ludzie chcą to kupować... Zrobić ze swego nieprzystosowania profesję... Pani syn ma rację.

Buntownicy - jak pan - nie zawsze trafnie rozpoznają rzeczywistość.
Nie jestem żadnym buntownikiem, jestem leniem... Nigdy się przeciw niczemu nie buntowałem, najwyżej nie wychodziłem z domu. To nie był bunt, to była chęć robienia ciekawych rzeczy w życiu, a nie oddawania swojego czasu bezsensownym próbom zadowolenia innych, działałem w obronie własnej tożsamości: jak człowiek uwielbiał czytać książki, to je czytał, zamiast chodzić do szkoły. Bunt to jest jakaś klisza.

Żyjemy wśród klisz, pan je chętnie ogrywa w swoich felietonach. Nie ceni pan książek, które z tego powstają?
Dużo mniej niż to, co już w zamierzeniu było książką. Przeważnie zresztą to ktoś inny składa do kupy.

A które pan ceni?
Te, które są w głowie. Książka napisana już nic nie jest warta. Historia jest ważna, kiedy się ją chce stworzyć, a kiedy się ją już zrobi, to... Ja tak mam. Podobno są pisarze, którzy czytają swoje książki po wydrukowaniu, ja nie potrafię, nudzą mnie. Nienawidzę czytać ostatni raz przed wydaniem. Książka wychodzi, żyje w przestrzeni społecznej, ktoś cię zaprasza, chce z tobą rozmawiać... To jest strasznie dwuznaczne. Czytelnik jest o parę kroków z tyłu, niestety; chce rozmawiać, uważa, że to jest bardzo ważne, a pisarz ma to w nosie. On jest już gdzie indziej, ekscytacja dotyka innych miejsc, coś mu się w głowie roi... Ale uczestniczę w tym, owszem. Tyle że to przecież jest teatr, nie konfesjonał, nie związek kochanków, na miłość Pana Boga. To jest umowa, polega na jakiejś interakcji. Gramy. Jak jest zaangażowana publiczność, to spotkanie może być nawet kapitalne. Ale bywa i tak, że publiczność przyszła, mendowata, i wydaje jej się, że jej się wszystko należy, ma być ciekawie z założenia. O nie, moi drodzy, nie. Macie coś do powiedzenia, to mówcie i wtedy robi się ciekawie. A nie siedzi taki i czeka na to, że pisarz sam z siebie coś odsłoni, dopuści go do jakichś tajemnic. Lubię to, nie lubię, kończę, wychodzę. I dalej jadę, patrzeć na moją ojczyznę cudowną. Już we wrześniu jadę, w październiku... Będzie to typowa polska jesień, pojadę do środkowej Polski, co najmniej na tydzień, będę jeździł...

Co jest w tym ekscytującego? Podróżować - to jakiś przymus współczesny.
Podróż jest opisem świata w tej chwili, wszyscy podróżują, nie tylko turystycznie, cały świat się przemieszcza, biedni jadą do bogatych, żeby im trochę uszczknąć. Bogaci jadą oglądać biednych. Jadą, bo uciekają przed śmiercią. Albo jadą, żeby zarobić na chleb. Przecież pół tego świata podróżuje z konieczności i coraz więcej tego będzie. A nawet jeśli to jest tylko zwykła turystyka, to chyba lepiej, że jadą, a nie siedzą przed telewizorami, zdrowiej przynajmniej. Niech nawet na te Hawaje lecą samolotami, choć to nigdy nie było moim pomysłem na spędzanie czasu. Ja zawsze jeździłem autostopem, a teraz samochodem (...)

Co w Tadżykistanie jest takiego, dla czego warto było się męczyć?
Cztery tysiące kilometrów, pustynia, płaskowyż, słońce...

Dostał pan to, po co pojechał?
Po nic nie jechałem. Chyba tak, bo się nie spodziewałem niczego. Nie, kłamię. Miałem wizję słońca Azji Centralnej, braku cienia. Że człowiek jest tam skazany na słońce albo na ukrycie się w cieniu murów, które nie są jego. No i doświadczyłem tego. Tysiące kilometrów bez drzew, bez trawy, bez niczego, i tylko czasem cień od skał albo od muru jakiegoś. I tam nie zawsze można wejść, te mury są obce. A ten pasek przy murku skraca się i skraca, kiedy słońce w górę idzie. I tylko psy leżą bezpańskie, łapy podciągają pod siebie. Cudowna jest taka absolutna dotkliwość pejzażu, niemożliwość znalezienia sobie miejsca. I świadomość, że szybko nie wyjedziesz stamtąd, nie możesz uciec. Do jednego miasta jest trzysta kilometrów, do drugiego czterysta. Jesteś skazany, a jednocześnie jedziesz i normalnie z ludźmi rozmawiasz, którzy sobie nie wyobrażają innego życia niż własne. Po to się jedzie. Po takie szczegóły - jak wygląda słońce, jak wygląda cień, jak wygląda dzień, jak brzmią dźwięki jakieś oderwane. No, trzy tygodnie jak psu w dupę...

Do kogo pan to ostatnie zdanie powiedział?
Do siebie. Do takiego złudzenia w sobie, że dostaniesz po swoim zaplanowanym pieczołowicie działaniu jakąś odpowiedź. Gówno, nie dostaniesz żadnej odpowiedzi, ale musisz robić to, co robisz, bo musisz i tyle, jakbyś był zaprogramowany. Ten Wschód wszedł mi do głowy bardzo dawno i zrobił się z tego projekt na resztę życia. A to się wzięło z dzieciństwa na Podlasiu, gdzie zawsze na Wschód się patrzyło: Bug płynął ze wschodu, czuło się cień Rosji jako czegoś groźnego, a jednocześnie oswojonego w miarę przez Kościół, który był dawną cerkwią w moim Gródku. To taki odruch patrzenia w tamtą stronę. To też kwestia temperamentu, niczego więcej.

recenzja wywiad | nowości


Zofia Mossakowska - 'Akrobaci'

Zofia Mossakowska

Akrobaci


Wydanie I

Stron: 272

Format: 145x205mm

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

ISBN 978-83-62247-44-8

Cena: 29.40 zł

Premiera: 20 maja 2016


Gdyby nie piękna Helena, Antek - młody, utalentowany i nadwrażliwy - wcale nie wychodziłby z domu, uwięziony w inwalidzkim wózku. Gdyby nie Antek, Helena skupiłaby się wyłącznie na własnym życiu - i być może udałoby się jej zostać czyjąś żoną, tłumaczyć Owidiusza. Ale gdyby nie oni oboje, spory światek ludzi zapomnianych tkwiłby w swoich chorobach, lękach, uprzedzeniach, samotnościach. Tymczasem jej wpadł do głowy pewien pomysł, a on stał się twórczym jego realizatorem - wspólnie ożywili umierający w czasach fejsbuka staroświecki zwyczaj pisania listów. Nie bez niespodzianek, napięć i rozczarowań. Ale i tak ratujący stali się uratowanymi. Rozesłane uczucia wróciły powrotną pocztą.

Autorka o książce:
Przechowuję wszystkie ważne listy. Od siedemnastoletniego chłopaka, który później został moim mężem; od nieżyjącej mamy, która miała piękny charakter pisma i nawet jej recepty były miłe dla oka, stała się ulubienicą aptekarek; od babci, której w wieku dziewięćdziesięciu lat mocno drżały ręce, ale pisała. List to ofiarowany czas; dla siebie piszącego, dla adresata. Nie może być krótszy niż strona, wymaga pewnej elegancji, sam w sobie jest artefaktem. Zamknięcie słów w kopercie wiąże się z odpowiedzialnością. Adresat nie zareaguje od razu, to pozwala na więcej. Czujemy to, pisząc list. To inna czynność niż posługiwanie się gotowymi klawiszami. Dzięki technice dziś wymiana słów na odległość to często kwestia minut, sekund, ale równie szybko następuje zapominanie. "Akrobaci" są książką, która ma coś z przemijającego myślenia o listach.

Fragment:
- Cześć, Akrobato! - Dopiero zbliżała się do progu mojego pokoju. Uprzedzała mnie, zupełnie jakbym mógł myśleć, że ktoś inny mnie odwiedza. - Fajnie, że cię zastaję w domu.
To była nasza gra. Zawsze ta sama.
- Już miałem wyjść, ale przyszło mi do głowy, że wpadniesz. To zrezygnowałem.
- Cholernie miło z twojej strony. Zajebiście.
- Wiem. Ja po prostu taki jestem - zajebisty.
Wyglądała jak zwykle, czyli zmęczona i niedospana.
Było dla mnie zagadką, co doprowadza ją do tego stanu. Teoretycznie mogła i odpocząć, i porządnie się wyspać. Chciałem wiedzieć, dlaczego tego nie robiła. Zamiast tego miałem pewność, że ominą mnie wszelkie wyjaśnienia.
Niekoniecznie z braku zaufania. Czy dlatego, że jako facet nie zrozumiem. Ona i ja generalnie się rozumieliśmy. Więcej, byliśmy przyjaciółmi. I całkiem nieźle się nam to udawało, pomimo teoretycznie konfliktogennego układu.
Facet i kobieta.
Należy dodać, że dwukrotnie starsza.
- To chyba głupio brzmi, kiedy stara ciotka używa takich słów, co? - zapytała. W założeniu miało być chyba dowcipnie. Wypadło pierzchliwie.
- Takich jak „zajebisty”?
- Na przykład... Ale znam jeszcze gorsze.
- Wierzę ci. - Nie chciałem jej zachęcać. Czasem inicjowała takie wprawki, bez zachwytu z mojej strony. Poza tym za chwilę wejdzie mama. - Nie jesteś stara. A ciotka z ciebie przyszywana, żadna prawdziwa.
- To coś zmienia?
- Właściwie nie - przyznałem. Oboje roześmieliśmy się, prawie w tej samej chwili.
Była jedyną osobą, z którą umiałem się śmiać.
Jak zawsze przyniosła swoją wierną torbę, przeogromny egzemplarz, ciężki i nieporęczny. Siadając na moim łóżku - ja jak zwykle okupowałem miejsce przy biurku - przekładała ją sobie z ramienia na kolana. Wyglądało to tak, jakby ją tuliła. Zamiast dziecka, którego nie miała. Ktoś - ktoś głupi - mógłby tak pomyśleć.
Pogładziła tę torbę czułym gestem.
- Dla ciebie. - Jej dłoń zanurkowała głęboko, wróciła wypełniona aksamitem. Było to pąsowe etui, ja najlepiej je znałem. Tak jak ten kolor.
Majestatyczna czerwień.
Może wybrała ją ze względu na mnie.
- Dzięki. - Odebrałem czerwono opakowany przedmiot. Tak mienił się mój cyrkowy kostium. - Dużo tego?
- Do pełna.
- Super. Przyda się na wakacje nad morzem.
- Chcesz jechać nad morze?
- Ja nie, matka. Uważa, że tego potrzebuję.
- Pewnie tak jest.
- Może.
Znowu się zaśmieliśmy.
- A ty nie masz ochoty?
- Nie wiem - Byłem z nią szczery. - Sto lat nie byłem nad morzem.
- Można wiedzieć, jak ty to liczysz, smarkaczu?
- I tak byś nie zrozumiała.
- Fakt - potwierdziła natychmiast. - W liczeniu jestem kompletnym matołem.
Oczywiście kłamała.
- A jakbyśmy tak razem pojechali? - zapytała z uśmiechem.
- My? - Chciałem to przedłużyć. Jej uśmiech zawsze mnie powalał.
Choć w moim przypadku jest to może głupie określenie.
- Może nad morze? - rzuciłem w powietrze.
- Może. - Ale może miała na myśli „morze”. Nie wiem dokładnie.
- Ja, ty i matka?
Pokręciła głową. Jakby mnie karciła.
- Nie, smarkaczu, w odwrotnej kolejności.
Zamachałem głową, trochę za szybko.
Nie. Żadnego wyjazdu.
Poczułem jej dłoń na swojej. Była zimna. Jak dotąd nie pojąłem, dlaczego ktoś taki jak ona ma zimne dłonie.
- Spacer? - zaproponowała łagodnie. - Co powiedziałbyś na cudowny spacer dookoła bloku?
Potrzebowałem paru chwil.
- Okej - zgodziłem się w końcu. Byłem przecież zajebisty. - Może być nawet do naszego cudownego parku.
- Wow, smarkaczu! - powiedziała. - Naprawdę odważny z ciebie facet.
Zajrzała mi w oczy. Ktoś może dodałby: „zalotnie”. Czasem taka starała się być... Zalotna.
- Zaraz tam smarkacz.
Wypchnęła do przedpokoju wózek inwalidzki. Oraz mnie.
W nim siedzącego.

Teraz już wiecie.
Jestem akrobatą i mam niesprawne ciało. Tak na dobre.
Co oznacza, że nigdy nie będę chodził.
Nie tylko tak, jak wcześniej, czyli jako cyrkowiec. Po linie, równoważni, po barierce.
Nie.
Ja nie będę chodził wcale.
Nie stanę w pozycji pionowej, na dwóch nogach, moje stopy mnie nie podeprą. Nie poczuję tych nóg i tych stóp.
Moje czucie kończy się mniej więcej na splocie słonecznym.
Z kilku powodów, jak sądzę. Po pierwsze dlatego, że ciało czuję jedynie od splotu słonecznego w górę.
O czym wspominałem.
Po drugie - bo w tym miejscu czuję ból. Oczywiście, nie tylko tam - ale przede wszystkim.
Dobrze, że pozostał mi ten splot. Słoneczny.
Istnieją teorie twierdzące, że splot słoneczny jest jednocześnie odbiornikiem i nadajnikiem łączącym jednostkę - czyli człowieka - ze wszechświatem. Jest rodzajem czułej membrany reagującej na drgnienia cząsteczek kosmosu.
Czułej, inaczej drażliwej.
O, tak.
To na pewno.

recenzja wywiad | nowości


Powrót

książki
autorzy
wywiady
recenzje
linki
galeria