JanKa. Wydawnictwo i...
kontakt wydawnictwo redaktornia poradnia dtp przyślij tekst
 
 
 
sprzedaż
nowości





zapowiedzi

Nowości


Zofia Mossakowska - 'Akrobaci'

Zofia Mossakowska

Akrobaci


Wydanie I

Stron: 272

Format: 145x205mm

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

ISBN 978-83-62247-44-8

Cena: 29.40 zł

Premiera: 20 maja 2016


Gdyby nie piękna Helena, Antek - młody, utalentowany i nadwrażliwy - wcale nie wychodziłby z domu, uwięziony w inwalidzkim wózku. Gdyby nie Antek, Helena skupiłaby się wyłącznie na własnym życiu - i być może udałoby się jej zostać czyjąś żoną, tłumaczyć Owidiusza. Ale gdyby nie oni oboje, spory światek ludzi zapomnianych tkwiłby w swoich chorobach, lękach, uprzedzeniach, samotnościach. Tymczasem jej wpadł do głowy pewien pomysł, a on stał się twórczym jego realizatorem - wspólnie ożywili umierający w czasach fejsbuka staroświecki zwyczaj pisania listów. Nie bez niespodzianek, napięć i rozczarowań. Ale i tak ratujący stali się uratowanymi. Rozesłane uczucia wróciły powrotną pocztą.

Autorka o książce:
Przechowuję wszystkie ważne listy. Od siedemnastoletniego chłopaka, który później został moim mężem; od nieżyjącej mamy, która miała piękny charakter pisma i nawet jej recepty były miłe dla oka, stała się ulubienicą aptekarek; od babci, której w wieku dziewięćdziesięciu lat mocno drżały ręce, ale pisała. List to ofiarowany czas; dla siebie piszącego, dla adresata. Nie może być krótszy niż strona, wymaga pewnej elegancji, sam w sobie jest artefaktem. Zamknięcie słów w kopercie wiąże się z odpowiedzialnością. Adresat nie zareaguje od razu, to pozwala na więcej. Czujemy to, pisząc list. To inna czynność niż posługiwanie się gotowymi klawiszami. Dzięki technice dziś wymiana słów na odległość to często kwestia minut, sekund, ale równie szybko następuje zapominanie. "Akrobaci" są książką, która ma coś z przemijającego myślenia o listach.

Fragment:
- Cześć, Akrobato! - Dopiero zbliżała się do progu mojego pokoju. Uprzedzała mnie, zupełnie jakbym mógł myśleć, że ktoś inny mnie odwiedza. - Fajnie, że cię zastaję w domu.
To była nasza gra. Zawsze ta sama.
- Już miałem wyjść, ale przyszło mi do głowy, że wpadniesz. To zrezygnowałem.
- Cholernie miło z twojej strony. Zajebiście.
- Wiem. Ja po prostu taki jestem - zajebisty.
Wyglądała jak zwykle, czyli zmęczona i niedospana.
Było dla mnie zagadką, co doprowadza ją do tego stanu. Teoretycznie mogła i odpocząć, i porządnie się wyspać. Chciałem wiedzieć, dlaczego tego nie robiła. Zamiast tego miałem pewność, że ominą mnie wszelkie wyjaśnienia.
Niekoniecznie z braku zaufania. Czy dlatego, że jako facet nie zrozumiem. Ona i ja generalnie się rozumieliśmy. Więcej, byliśmy przyjaciółmi. I całkiem nieźle się nam to udawało, pomimo teoretycznie konfliktogennego układu.
Facet i kobieta.
Należy dodać, że dwukrotnie starsza.
- To chyba głupio brzmi, kiedy stara ciotka używa takich słów, co? - zapytała. W założeniu miało być chyba dowcipnie. Wypadło pierzchliwie.
- Takich jak „zajebisty”?
- Na przykład... Ale znam jeszcze gorsze.
- Wierzę ci. - Nie chciałem jej zachęcać. Czasem inicjowała takie wprawki, bez zachwytu z mojej strony. Poza tym za chwilę wejdzie mama. - Nie jesteś stara. A ciotka z ciebie przyszywana, żadna prawdziwa.
- To coś zmienia?
- Właściwie nie - przyznałem. Oboje roześmieliśmy się, prawie w tej samej chwili.
Była jedyną osobą, z którą umiałem się śmiać.
Jak zawsze przyniosła swoją wierną torbę, przeogromny egzemplarz, ciężki i nieporęczny. Siadając na moim łóżku - ja jak zwykle okupowałem miejsce przy biurku - przekładała ją sobie z ramienia na kolana. Wyglądało to tak, jakby ją tuliła. Zamiast dziecka, którego nie miała. Ktoś - ktoś głupi - mógłby tak pomyśleć.
Pogładziła tę torbę czułym gestem.
- Dla ciebie. - Jej dłoń zanurkowała głęboko, wróciła wypełniona aksamitem. Było to pąsowe etui, ja najlepiej je znałem. Tak jak ten kolor.
Majestatyczna czerwień.
Może wybrała ją ze względu na mnie.
- Dzięki. - Odebrałem czerwono opakowany przedmiot. Tak mienił się mój cyrkowy kostium. - Dużo tego?
- Do pełna.
- Super. Przyda się na wakacje nad morzem.
- Chcesz jechać nad morze?
- Ja nie, matka. Uważa, że tego potrzebuję.
- Pewnie tak jest.
- Może.
Znowu się zaśmieliśmy.
- A ty nie masz ochoty?
- Nie wiem - Byłem z nią szczery. - Sto lat nie byłem nad morzem.
- Można wiedzieć, jak ty to liczysz, smarkaczu?
- I tak byś nie zrozumiała.
- Fakt - potwierdziła natychmiast. - W liczeniu jestem kompletnym matołem.
Oczywiście kłamała.
- A jakbyśmy tak razem pojechali? - zapytała z uśmiechem.
- My? - Chciałem to przedłużyć. Jej uśmiech zawsze mnie powalał.
Choć w moim przypadku jest to może głupie określenie.
- Może nad morze? - rzuciłem w powietrze.
- Może. - Ale może miała na myśli „morze”. Nie wiem dokładnie.
- Ja, ty i matka?
Pokręciła głową. Jakby mnie karciła.
- Nie, smarkaczu, w odwrotnej kolejności.
Zamachałem głową, trochę za szybko.
Nie. Żadnego wyjazdu.
Poczułem jej dłoń na swojej. Była zimna. Jak dotąd nie pojąłem, dlaczego ktoś taki jak ona ma zimne dłonie.
- Spacer? - zaproponowała łagodnie. - Co powiedziałbyś na cudowny spacer dookoła bloku?
Potrzebowałem paru chwil.
- Okej - zgodziłem się w końcu. Byłem przecież zajebisty. - Może być nawet do naszego cudownego parku.
- Wow, smarkaczu! - powiedziała. - Naprawdę odważny z ciebie facet.
Zajrzała mi w oczy. Ktoś może dodałby: „zalotnie”. Czasem taka starała się być... Zalotna.
- Zaraz tam smarkacz.
Wypchnęła do przedpokoju wózek inwalidzki. Oraz mnie.
W nim siedzącego.

Teraz już wiecie.
Jestem akrobatą i mam niesprawne ciało. Tak na dobre.
Co oznacza, że nigdy nie będę chodził.
Nie tylko tak, jak wcześniej, czyli jako cyrkowiec. Po linie, równoważni, po barierce.
Nie.
Ja nie będę chodził wcale.
Nie stanę w pozycji pionowej, na dwóch nogach, moje stopy mnie nie podeprą. Nie poczuję tych nóg i tych stóp.
Moje czucie kończy się mniej więcej na splocie słonecznym.
Z kilku powodów, jak sądzę. Po pierwsze dlatego, że ciało czuję jedynie od splotu słonecznego w górę.
O czym wspominałem.
Po drugie - bo w tym miejscu czuję ból. Oczywiście, nie tylko tam - ale przede wszystkim.
Dobrze, że pozostał mi ten splot. Słoneczny.
Istnieją teorie twierdzące, że splot słoneczny jest jednocześnie odbiornikiem i nadajnikiem łączącym jednostkę - czyli człowieka - ze wszechświatem. Jest rodzajem czułej membrany reagującej na drgnienia cząsteczek kosmosu.
Czułej, inaczej drażliwej.
O, tak.
To na pewno.

recenzja wywiad | nowości


Magdalena Knedler, „Winda”

Magdalena Knedler

Winda


Wydanie I

Stron: 240

Format: 145x205mm

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

ISBN 978-83-62247-42-4

Cena: 28.56 zł

Premiera: 12 lutego

Patroni medialni:



Gospodyni domowa i facet z korporacji, dżentelmen ze Lwowa i dwoje wieśniaków mówiących gwarą, doktorantka i makijażystka, Żyd i Japonka z przeszością gejszy, zakompleksiona psycholożka, niedoszła zakonnica i ginekolog z prywatną praktyką. I tak - arbitralnie, ale nieprzypadkowo - dobrane grono osób zaczyna żyć własnym życiem; i - co paradoksalne - grupa nie rozpada się, nie pulsuje konfliktami. Staje się wspólnotą. A zbliża tych ludzi do siebie tyleż tytułowa winda, z której muszą korzystać, mieszkając w dziesięciopiętrowym bloku we Wrocławiu, co zastosowana w książce perspektywa autorska. Każdy z bohaterów jest oglądany wielokrotnie - od środka i z zewnątrz, ze współczuciem i humorem, z prawem do słabości i ambitnych marzeń, każdy ma szansę na wspomnienia i nasycenie języka charakterystycznymi dla siebie pojęciami i emocjami. W efekcie winda w tej opowieści to nie tylko ów bezduszny mechanizm. To też rodzące się między ludźmi więzi, dzięki którym obcy zamieniają się w swoich, a dziwne na pierwszy rzut oka indywidua w indywidualności - osoby z nadzieją na szczęście i spełnienie.

Autorka o powieści:
Stanisław Dróżdż, kaligramy Vaclava Havla i Koji Kamoji byli inspiracją podczas pisania „Windy”. To, że Kamoji łączy inspiracje kulturą japońską i polską, jest już jego znakiem rozpoznawczym na świecie. Ale na mnie ogromne wrażenie zrobiła wystawa „Wieczór - łódki z trzciny” (Galeria Starmach, 2006), gdzie wprowadził dwa utwory muzyczne: japoński i klezmerski. A przecież galeria to dawna bożnica. W efekcie wytworzyła się nowa jakość - z pogranicza dwóch kultur. „Chciałem stworzyć jednolity klimat z czasów mojej przeszłości, ale też z czasów, gdy ta galeria była domem modlitwy. Chciałem odrębne światy połączyć ze sobą” - wyjaśniał. Ta wystawa musiała we mnie mocno tkwić, bo wprawdzie kiedy tworzyłam postaci Elego i Ai, nie myślałam o Kamojim, ale gdy już rozdziały skończyłam, w głowie miałam ciągle ten żydowski śpiew i japoński flet.

Fragment:
Ciasnota windy zawsze działa na Wandę inspirująco. Zupełnie jak gdyby myśli odbijały się od porysowanych tu i ówdzie ścian, po czym wracały do niej obrócone do góry dnem, przefiltrowane przez obcy umysł i obdarzone nową jakością. Wanda jeździ zatem windą w górę i w dół, ani na chwilę nie wypuszczając z ręki długopisu. Niespecjalnie obchodzi ją to, że na którymś z pięter ktoś może czekać. I że ten ktoś chce, na przykład, skorzystać z windy w celach czysto praktycznych, nie zaś - tak jak w wypadku Wandy - użyć jej niezgodnie z przeznaczeniem. A jednak ta jazda w górę i w dół jest ważna, jest fundamentalna. Chodzi o niemożliwość ucieczki, o ruch, o szybki kolejnych pięter przesuwające się przed oczyma, o te małe okienka właśnie, które wrzynają się w introspekcję, zakłócają świat myśli i przypominają o innym świecie, zewnętrznym. Przypominają o słońcu i deszczu, korytarzu i klatce schodowej.
Najlepiej jest między godziną dziewiątą a szesnastą. Wtedy większość sąsiadów znajduje się w pracy, w szkole, na uczelni. Zajęci swoim zwykłym życiem nie pamiętają o windzie, przeważnie nie. I wtedy Wanda może być spokojna. Nikt jej nie zatrzyma, nikt nie wejdzie między parterem a dziesiątym piętrem, nie zdepcze inspiracji i refleksji trywialnym „dzień dobry, ładna pogoda”. Tak, od dziewiątej do szesnastej wiele może się wydarzyć i wiele można napisać, pisanie zaś to drugie życie. A zatem długopis. Zatem notes. Wysłużony, z wytartym grzbietem, choć przecież Wanda od niedawna pisze i nie ma wielkiego doświadczenia. A ten notes wygląda tak, jak gdyby skradła go uczniowi poety Bash?, który pokrzywił palce i myśli na tworzeniu haiku.

Pastuch w łachmanach
pilnuje stada owiec
niebo szarzeje

(...)

Stara Rifka znała się na wszystkim. Każdy, słuchając jej, uśmiechał się znacząco i z nutką politowania, a jednak nikt nie odważył się zaprzeczyć słowom, zakwestionować opinii, odmówić wiedzy i doświadczenia. Każdy też smutniał odrobinę podczas długich tyrad Rifki, każdy wreszcie popadał w osobliwą zadumę. Babcia umarła w ubiegłym roku, a Eli musiał przenieść wszystkie egzaminy na uczelni na wrzesień, by polecieć na pogrzeb. W Kanadzie, na Wyspie Księcia Edwarda, gdzie spędził całe swoje wcześniejsze życie, czerwiec nie był tak upalny jak w Polsce. Mimo to w sadzie czerwieniły się już delikatnie drobniutkie jabłuszka. Specjalna odmiana. Eli wciąż czuł na języku ten cierpki smak. Zjadł je wtedy znowu. Dokładnie siedem sztuk. Siedem. Jak w cholernym żydowskim świeczniku... A przecież zupełnym przypadkiem zjadł akurat tyle. Szeptem liczył ogryzki, nie wiadomo po co. Połykał kęs za kęsem, krzywiąc się i mrużąc oczy, aż wreszcie gorycz owoców zmieszała mu się w ustach z solą łez. Usiadł pod drzewem i płakał. Wiedział, że tym razem nie będzie ględzenia, zrzędzenia i narzekania, nie będzie zalatujących gnojówką ziółek, nie będzie ulgi po wypiciu ciepłego płynu. Tylko ból brzucha i smutek, smutek, smutek... Bo jej już nie było.

Babcia Rifka ucieszyła się, kiedy Eli oznajmił, że chce studiować w Polsce. Polska... Oczy Rifki zaszkliły się na chwilę, a potem starsza dama splunęła pod nogi i mruknęła coś o pierdolonych nazistach i jebanych komunistach. Tak, tak, babcia nauczyła wnuka swojego ojczystego języka. Eli znał polszczyznę na wskroś, wiedział, jak opisać zapach świeżego chleba, smak mleka z miodem, omówić prozę Prusa i poezję Mickiewicza, którego nie znosił. Bo całą poezję miał w..., tak właśnie tam, jak już sam ze sobą niegdyś ustalił. I znał też Eli słowa „kurwa”, „jebać” i „chuj ci w dupę”. No bo jakże inaczej? Kto normalny posługuje się li tylko kwiecistą stylistyką i wyszukaną frazeologią? No kto? Pytała Rifka, kręcąc z dezaprobatą głową.
Babcia kląć umiała po polsku, niemiecku, angielsku, francusku, hebrajsku i w jidysz. A co! Długo żyła, to i czas na edukację znalazła. A przed wojną w dobrym tonie było, by panna z porządnego domu znała języki obce, bo przecież wówczas nikt nie myślał o posyłaniu córek na studia techniczne, medyczne, nikt nie słyszał o kobietach pilotujących myśliwce, programistkach, kierowcach rajdowych... Tylko te głupie hafty, literatura i języki obce. Ewentualnie muzyka, pianino, broń Boże gitara, gitara jest cygańska, plebejska, dziewczętom z zamożnego mieszczańskiego domu nie uchodzi... I tak dalej. Kilka wyjątków, jakaś Curie-Skłodowska czy inna Coco Chanel, nie spowodowały natychmiastowej przemiany obyczajów. Takie to życie, mawiała Rifka, rumieniąc się ze złości. Chciała ponoć studiować architekturę, mosty budować, może jakieś wieże, wzorem Eiffla, ale rodzice nie wyrazili zgody. Niby tacy postępowi bogaci Żydzi, co na edukację dzieciom nigdy nie żałowali. Córkę również na studia posłali. Na polonistykę! „Myślałby kto”, mawiała Rifka, „jak gdybym od tego miała stać się bardziej polska!”.
Eli uwielbiał opowieści babci. Nigdy nie miał dość, sam zagadywał i słuchał jej z wypiekami na twarzy. „Nie jest za młody na te historie, mamo?”, pytał raz po raz ojciec, ale Rifka zbywała go prychnięciem. „Za młody, za młody! Będę czekała, aż podrośnie, i w końcu umrę z tego czekania, a jak umrę, to już mu nikt nie opowie i tyle!”, gderała. Eli zacierał ręce. Babcia zawsze była po jego stronie.
Najchętniej słuchał historii o wojennej Warszawie. O getcie i powstaniu. Babcia należała do pokolenia Kolumbów, tłumaczyła mu, że tak określano później ludzi, którzy urodzili się w pierwszej połowie lat dwudziestych ubiegłego wieku. A jednak kiedy wybuchła wojna, Rifka nie czuła się żadnym Kolumbem, żadnym odkrywcą-zdobywcą. Była Żydówką, a to wystarczyło, by odpowiednio ją zaklasyfikować, zdefiniować, udekorować przepaską... Babcia wypowiadała słowa „udekorować” i „przepaska” z ironią, spod której zawsze przebijały smutek i uraza. Trafiła do getta, oczywiście. Tak zawsze mówiła. „Trafiłam do getta, oczywiście”, jak gdyby inny los w ogóle nie był jej pisany. I jeszcze: „nie ja jedna, wszyscy trafiliśmy”, dodawała, mając na myśli całą swoją rodzinę.
Nie pamiętała, jak wydostała się zza muru i co dokładnie wydarzyło się później. Jedynie poszczególne sceny, twarze, głosy, dźwięki i zapachy. Głód i strach. Z początku tylko relacjonowała wydarzenia, ale kiedy Eli podrósł, zaczęła wzbogacać opowieść o detale. Wrażenia. Przemyślenia. Punkt widzenia. Emocje. Strach.
Historia ogarniętej wojną Warszawy zawsze była jej jednostkową historią. Rifka mówiła o tym, jak wegetowała w piwnicy po ucieczce z getta, a nad głową rozgrywał się wielki i skazany na klęskę spektakl powstania warszawskiego. Opowiadała, jak bardzo pragnęła odegrać w tym spektaklu swoją rolę. „Byłam gotowa umrzeć za to miasto, za ten cholerny, popieprzony kraj, w którym nikt nigdy nie wie, czego chce”, wołała z zapałem.
Eli był już dorosły, kiedy dołożyła ostatnie frazy ze słowami „cholerny” i „popieprzony”. Przestała się bawić w kurtuazyjne bajki o heroicznych czynach. Wtedy mogła już sobie pozwolić na złość, na ujawnienie negatywnych emocji. Eli zdawał sobie sprawę z tego, że Rifka świetnie orientowała się w polityce i o Polsce wiedziała wszystko, bo mimo kilkudziesięciu lat spędzonych w śmierdzącej klonami Kanadzie nadal czuła się Polką. Czuła się Polką także podczas wojny, czuła się warszawianką, ale „jebani” Niemcy i „pierdoleni” komuniści zabrali jej ten świat na zawsze. Tak mówiła, właśnie tak! W nosie miała krzywe spojrzenia swojego polsko-żydowsko-kanadyjskiego syna i na wskroś kanadyjskiej synowej. Syn niewiele rozumiał, a synowa nie rozumiała absolutnie nic. Rifka tylko w Elim pokładała nadzieję.
Swojemu wnukowi opowiadała zatem, jak znalazła sobie nową ojczyznę, bo nie należała do tych, co tylko jęczeli, że im źle. Wolała wziąć się za robotę, zająć zwyczajnym życiem, którego wartość tkwi w szczegółach, w pozornie nieistotnych zdarzeniach. Nie każdy przecież mógł pójść na łatwiznę i trąbić o naprawie świata, w rzeczywistości nie robiąc absolutnie nic. Ktoś musiał pracować naprawdę, zarabiać na chleb, wychowywać dzieci, gotować, prać, sprzątać, dbać o jabłonie w sadzie. A czasem pogadać o duperelach przy kawie w kuchni, żeby nie zwariować. I o ziemniakach również należało pamiętać. Na Wyspie Księcia Edwarda, ostatnim miejscu na świecie, do którego Rifka spodziewała się trafić, urodzajna i żelazista gleba idealnie nadawała się pod ich uprawę. Dziadek Eliego, Edwin Richter, robotny kanadyjski rolnik, zabójczo przystojny aż do późnej starości, miał do ziemniaków złote ręce. Swego czasu upierał się też nad hodowlą krów mlecznych, ale Rifka oświadczyła, że krów doić nie będzie, że po krowach nie zamierza sprzątać i że do krowy nawet nie podejdzie. Tak jej zostało do końca życia. Kiedy szli na spacer z Elim i na ich drodze pojawiały się krowy, Rifka prychała z dezaprobatą. A Eli się śmiał. Czuł dziwną jedność z babcią. Wstyd mu się zrobiło, kiedy uświadomił sobie, że być może kocha ją bardziej niż swoich rodziców.

Rifka pracowała, dbała o jabłonki i ziemniaki, a mimo to o przeszłości nie zapomniała nigdy. I Eliemu również nie pozwoliła. A Eli co? Jej wnusio, duma, babcina maskotka, zamierzał jechać do Polski studiować! Rifka przestała w końcu wyklinać komunistów, pokiwała głową nad zmianą ustroju - choć przecież tam, w sejmie, mówiła, ciągle pałętają się niedobitki z PZPR i tylko czekają na odpowiedni moment, by uderzyć... - i zaczęła opowiadać o Warszawie. Zrzędziła trochę, że widziała zdjęcia w internecie i jej zdaniem teraz miasto już nie takie ładne, jak kiedyś. „Nastawiali kanciastych maszkaronów, bo przecież komuniści za grosz gustu nie mieli, to jasne”, powtarzała niczym mantrę. Mimo wszystko jednak Warszawa była dla starej Rifki swoistą Itaką. Itaką, do której, w przeciwieństwie do mitologicznego Odyseusza, wrócić nie miała nigdy.
Eli słuchał babci, a żołądek coraz bardziej podchodził mu do gardła. Jakby jej to powiedzieć, jak zacząć... Wreszcie zaczerpnął tchu.
Babciu, ja nie do Warszawy bym chciał, ja o Wrocławiu myślałem...
Rifka umilkła i zamrugała gwałtownie oczami.
Jakże to? Wrocław? Breslau? To miasto germańskie, przez lat tyle ściskane w łapskach pieprzonych Prusaków? Hob rachmones [okaż litość]! - Oddech babki stał się przyspieszony i płytki.
Eli spodziewał się tej lawiny słów wyrwanych z kilku różnych języków, która po chwili przygniotła go swoim ciężarem. Litości! Rachmones! Tę prośbę zawsze wypowiadała w jidysz. Zostało jej z czasów getta, choć wtedy kontekst był przecież zupełnie inny. A Rifka dalejże komentować... Breslau germańskie! Hob rachmones, hob rachmones! A jak Prusacy wrócą? A jak historia się powtórzy? A jeśli znowu Noc Kryształowa się przytrafi? A jeśli Niemcy się upomną, że to przecież ich? Już tam coś słychać o jakichś centrach wypędzonych... Już ona by im dała centra wypędzonych! A że ją - Rifkę - z Warszawy wypędzono, to nikt nie raczy pamiętać! Eli siedział cicho i tylko kręcił głową. Nie odzywał się. Co by mu przyszło z użalania się nad babci rozumieniem historii? Dla niej ruskie i germańskie znaczyło złe. Automatycznie. Ale co robić? Eli uparł się na Wrocław. I pojechał... Wcześniej jednak zwiedził sobie Warszawę.

recenzje wywiad | nowości


Jacek Wąsowicz, „Przystanek Londyn”

Jacek Wąsowicz

Przystanek Londyn


Wydanie I

Seria Przystanek

Stron: 252

Format: 145x205mm

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

ISBN 978-83-62247-40-0

Cena 31,50 zł

Premiera: 22 października

Patroni medialni:



„Przystanek Londyn” to coś więcej niż szczegółowa relacja z pobytu w nowym kraju; to więcej niż zbiór emigracyjnych historyjek z życia wziętych; więcej też niż poradnik, jak nie zagubić się wśród zbijających z tropu okoliczności i nowych reguł. To rzecz o ścieraniu się tego, co swojskie i niechciane, z tym, co obce i pożądane; to bezkompromisowa analiza siebie, swych słabości i przeświadczeń, podsuwająca czytelnikowi lustro, w którym może się przejrzeć. To również test na zdolność polskiego marzycielstwa i anarchizmu do adaptacji w odmiennej rzeczywistości. Ten, kto rozważa możliwość emigracji, dzięki tej książce może poczuć nową realność, a ten, kto wierzy, że można zmienić miejsce, nie zmieniając siebie, wyleczyć się ze złudzeń.

Autor o książce
Już od nastolatka miałem upodobanie do prowadzenia pamiętnika, relacjonowania biegu życia. Tyle że wydarzenia dnia codziennego uznawałem za zbyt niskiej rangi, by utrwalać je na piśmie. Aż los zaniósł mnie do Londynu, jeszcze w poprzednim wieku. Najpierw pół roku szkoły językowej, a po przerwie trzynaście lat spędzonych na Wyspach aż do września 2015 to nie była nieustanna przygoda czy święto. A jednak każdy tam dzień - nawet jeśli szary w swej codzienności - zasługiwał na uwiecznienie krótką notatką, zdjęciem, zachowaniem kwitka, utrwaleniem dialogu z którymś z poznanych ludzi wielu kultur. To z tych tak uwiecznionych okruchów życia wyłoniła się treść „Przystanku”.

Fragment
Unia Unią, ale życie - na razie poza nią - toczyło się dalej swoim rytmem. Zanim skończył się rok, rytm moich dni ustalił się dość ściśle: piąta rano - pobudka, szósta rano - początek produkcji plus śniadanie w trakcie. Do dziewiątej wyjazd w trasę. Powrót po drugiej, obiad plus pogawędka z Lilką i przed trzecią w domu, chyba że pojechało się do biblioteki na internet lub wstąpiło do wspomnianego wyżej BAR-u. Czasami w drodze powrotnej zrobiło się małe zakupy, by zdążyć przed wieczornymi korkami, a potem, już w domu, toaleta, przebranie się i najpóźniej od piątej czas wolny. Na pograniu na gitarze lub pogaworzeniu z kimś ze współlokatorów schodziło co najwyżej do kolacji i wieczorem nie dało już rady opędzić się od myślenia o przyszłości, a właściwie teraźniejszości, dość w tamtym czasie pustej, nawet mimo artystycznych wypełniaczy. Poczucie samotności zaczynało dawać się we znaki.
Kiedy więc w styczniu 2004 roku trafiłem na urodzinową imprezę przygodnie poznanej dziewczyny, z jedną z poznanych tam Polek zacząłem się wkrótce spotykać. Jak na Londyn, nie mieszkaliśmy daleko od siebie, odwiedzaliśmy się więc dość często. Ona też mieszkała z samymi Polakami, tyle że w jeszcze większym ścisku niż ja. Jej pokój nie miał okna, a łóżko - choć pojedyncze - zajmowało tyle przestrzeni, że miejsca wystarczyło jedynie na zsunięcie z niego nóg i wyjście z pokoju. Ale fakt - za swoje lokum płaciła jedyne ?20 na tydzień z wszystkimi rachunkami. Nazywała je norką, choć ja preferowałem nazwę bunkier.
Wbrew pozorom nasz związek Pomorzanina ze Ślązaczką nie był wcale nietypowy. Praktycznie wszystkie znane nam pary poznały się w UK. Kiedy jeżdżą do kraju na wakacje lub święta, kluczą między rodzinami jego i jej, uzgadniając, kto kogo kiedy odwiedza, a wtedy niby proste rodzinne wyprawy stają się logistycznymi przedsięwzięciami. Na Wyspy przyjeżdża co prawda sporo par typu on i ona z tego samego miasteczka lub dzielnicy, wiele z nich to długoletnie związki, lecz gdy świeżo upieczeni emigranci odbijają się od pierwszej ściany twardszych realiów niż te, których zaznali pod maminym kloszem, z tych tak niby kochających się par już po kilku miesiącach zazwyczaj niewiele pozostaje. Próba ognia bezlitośnie ukazuje brak przysposobienia do dorosłego życia u co najmniej jednego z partnerów. Tym sposobem Londyn staje się świadkiem pełnego cyklu ludzkich przeobrażeń, gdzie para najpierw pączkuje w dwoje singli, ci tymczasowo zasilają szeregi armii wolnych strzelców, by po okresie inkubacyjnym przepoczwarzyć się z powrotem w osobniki do wzięcia. W efekcie miasto pełne jest osób po przejściach, tylko gdzieniegdzie poprzetykanych świeżynkami prosto z Polski.
Niepostrzeżenie mój krąg znajomych stopniowo poszerzał się o coraz to nowych Polaków. Jacek, przyjaciel przyjaciela z Polski, poznał mnie ze swoimi kręgami, a też akurat mieszkał na Neasden. Ponadto do moich oraz dziewczyny współlokatorów przychodzili znajomi, na proszonych imprezach poznawało się znajomych znajomych, ci pracowali z innymi Polakami, a tamci mieszkali z jeszcze innymi i tak dalej. Do tego dochodziła grupka artystów z kręgów Olgi i tym sposobem do wiosny 2004 roku dorobiłem się całkiem sporej grupy bliższych lub dalszych znajomych. Poczucie osamotnienia i wyobcowania poszło w niepamięć.
A zaraz potem zrobił się maj 2004, pamiętny miesiąc w kalendarzu każdego ówczesnego, a już szczególnie przyszłego imigranta. Oficjalnie nasze wejście do unijnych struktur nazywane jest przystąpieniem do Unii, lecz po tym, co można było zaobserwować w pierwszych dniach maja, bardziej precyzyjnym określeniem byłoby „dopuszczenie” do Unii. Wiara rzuciła się do granic brytyjskiego raju jak do hipermarketu po promocyjne telewizory, wjeżdżając na Wyspy pierwszym możliwym transportem, czyli 1 maja w sobotę, jakby dla wjeżdżających w niedzielę miało już zabraknąć pracy, bo Brytyjczycy wprowadzili reglamentację stanowisk lub coś podobnego. Niestety, zaledwie kilka miesięcy później niemała część tych euroentuzjastów okazywała się marzycielami, którzy najwyraźniej uwierzyli, że powiedzenie o pieniądzach leżących na ulicy można w przypadku Wysp brać dosłownie. Wielu z nich skończyło jako bezrobotni, oczywiście wtedy jeszcze bez prawa do zasiłku, za ostatnie pieniądze wracali więc do domu z podkulonym ogonem jak marnotrawni synowie. Niestety byli i tacy, którzy pozostawali nie tylko bez środków do życia, ale i bez gotówki na bilet powrotny. Będąc w okolicach dworca Victoria, na którym zaczęła się i moja przygoda z Wyspami, na własne oczy widziałem niemało postaci kulących się na wycieraczkach okolicznych domów. Z dworca byli szybciej usuwani przez straż miejską lub policję, dlatego noce woleli spędzać poza nim, ale w ciągu dnia na niego wracali, by szturmować powrotne kursy polskich autokarów, licząc na ludzkiego kierowcę lub inny łut szczęścia.
Co jednak smutne, nie tylko marzyciele okazywali się oderwani od rzeczywistości. Największy odsetek wjeżdżających wtedy na Wyspy rodaków stanowili albo jedyni żywiciele rodzin, którym w oczy zajrzał głód, albo młodzi bezrobotni, przez ostatnie lata wychodzący ze szkół prosto w objęcia twardej polskiej rzeczywistości. Przykro było patrzeć, jak ci euroeutuzjaści z przymusu okazywali się nie mieć żadnego pojęcia nie tylko o realiach szukania pracy za granicą, ale i życia na obczyźnie w ogóle. Polecony mej opiece człowiek, dobry polski fachowiec, gdy meldował się w tanim hotelu razem z kolegami, podając recepcjonistce swój stary, papierowy dowód osobisty, popukał palcem w otwartą na nazwisku stronę, po czym dobitnym tonem oznajmił: „Nazywam się Jerzy Kosobucki”. Po polsku. Co było oczywiste, na twarzy kobiety zaczęło malować się skrajne zdumienie, nie zmąciło to jednak niezachwianej równowagi mego podopiecznego, który - zanim zdążyłem przybyć z pomocą - swoją kwestię powtórzył, tym razem wolniej, wyraźniej i z naciskiem na każdą sylabę: „Ko-so-buc-ki”. I jeszcze dorzucił: „Przez ce”.
Nigdy nie zastanawiałem się, dlaczego witryna ogłoszeń pod POSK-iem nosi przydomek „ściana płaczu”. Odkryć to było mi dane dopiero, gdy na poszukiwanie pracy zabrałem tam trzech rodaków z rodzinnego miasta, jak inni szukających w Londynie swojego szczęścia. Po standardowym przeczesaniu obu witryn przystanęliśmy na skraju chodnika, zastanawiając się, co dalej. Wokół stali jacyś ludzie, ze strzępków słyszanych rozmów wynikało, że również Polacy, nikt jednak nie zastanawiał się, dlaczego tam stoją, a już na pewno nie wietrzył w ich obecności niczego podejrzanego. A właśnie wtedy od jednej z tych grupek odłączył się młody człowiek o cygańskich rysach, przystanął koło nas i nienaganną polszczyzną zagaił, czy przypadkiem nie szukamy jakiegoś lokum, bo akurat u niego zwolnił się ładny i niedrogi pokój na trzy osoby i jeśli chcemy, możemy z nim pojechać go obejrzeć, a co do ceny to na pewno się dogadamy, przecież jesteśmy rodakami, bla-bla-bla. Mój błąd, że zdecydowaliśmy się tam jechać, a jeszcze większy błąd, że rozdzieliliśmy się i znajomy pojechał ze mną w vanie, zaś pozostała dwójka poszła do wozu młokosa. No, ale ja chciałem być przepisowy i nie wozić ludzi na pace, jak bydło. Skąd mogłem wtedy wiedzieć, że te niewinnie wyglądające tłumki to de facto całe szpalery naganiaczy czyhających na emigracyjnie zielonych rodaków.
Gdy wprowadzono nas do środka dużego domu w podlondyńskiej dzielnicy Harrow, nawet znajomy wraz z kolegami - choć zieloni - wyczuli, że coś jest nie tak. Z frontowego pokoju na parterze wynurzyła się obszerna Cyganka i z wykalkulowanym uśmiechem otworzyła drzwi do pokoju od strony ogrodu. Tamtą scenę mam w oczach do dziś: kobieta otwiera drzwi, a w środku - niespodzianka - siedzi jakiś mężczyzna! To lokator - zapewniają na przemian młokos i Cyganka, pewnie jego matka - lokator, który właśnie opuszcza pokój, więc lokal będzie cały wolny i czy się podoba. Patrzymy pytająco po sobie, widać, że nikomu się nie podoba, więc po chwili wzrok bezwiednie kierujemy na człowieka, a ten niby się uśmiecha, ale zachowuje się, jakby był ubezwłasnowolniony; mówi niby do nas, lecz co rusz spogląda na matronę. Pada cena, wcale nie z tych najniższych, jak obiecywano. Czy mamy zacząć się targować? Nie wiadomo kiedy w pokoju pojawia się kolejna osoba, tym razem potężny Cygan. Gdy mówię, że pokój ładny, ale teraz musimy się zastanowić, Cyganka porzuca sztuczny uśmiech i rodzinka zaczyna konwersację w swoim języku. Nam robi się słabo. Całą czwórką powoli kierujemy się w stronę wyjścia, gospodarze są coraz bardziej niezadowoleni, a na dodatek w drzwiach staje kolejny młokos, jakby starszy brat pierwszego. O dziwo, pozwalają nam wyjść, lecz przy samochodzie młokos z bratem przybierają już otwarcie roszczeniową postawę, prowadząc rozmowę w stylu: przywieźliśmy was taki kawał, a wy nie chcecie pokoju, to chociaż zapłaćcie za podwózkę, należy się dycha za paliwo!
Tym razem już nie bawiłem się w przepisowość i podczas gdy znajomy próbował ułagodzić młokosów, ja załadowałem resztę towarzystwa na pakę, znajomy doskoczył w ostatnim momencie i już nas tam nie było. A po kilku dniach po znajomym i jego kolegach śladu na Wyspach nie było. Nie przebrnęli przez etap organizacyjny, ja z kolei, pracując w ciągu dnia, nie miałem czasu jeździć z nimi na każde oglądanie mieszkania i każdą budowę, choć tych akurat nie odwiedzili zbyt wiele, jako że z wiadomych powodów spisywali tylko polskojęzyczne ogłoszenia. Skończyli jak wielu przed nimi i wielu po nich: zawiedzione nadzieje, rychły powrót do kraju ze spuszczoną głową, a zamiast zastrzyku gotówki - dodatkowe wydatki. Takich wycieczek widziało się w Londynie dość. Stolica Wielkiej Brytanii to kraina wielkich szans, ale dla szansonistów miejsca w niej brak.
Co do samej „ściany płaczu”, niektórzy mieli z nią paskudne doświadczenia. Znajoma, absolwentka AWF, znalazła tam sprzątanie domu. Ogłoszeniodawcą był samotny mężczyzna w średnim wieku z sąsiedniej dzielnicy. Na pierwszej wizycie pan był bardzo miły, na drugiej, już tej roboczej, też wszystko było okej, facet zapłacił gotówką, ale już podczas trzeciej, gdy dziewczyna odkurzała sypialnię, nagle wszedł, zamknął za sobą drzwi, po czym pchnął ją na łóżko. Tylko dzięki swemu wysportowaniu oraz zimnej krwi znajoma zdołała wyjść z całej tej sytuacji obronną ręką.
Na tle tych ponurych historii jasną plamę stanowi przykład Majki, znajomej mojej dziewczyny, która odłączyła się od męża i przyleciała do Londynu szorować kible i kelnerować, gdzie popadnie. On dołączył do niej po kilku miesiącach, jednak do łopaty nie poszedł, choćby po to, by dorzucić się do rachunków, ale siedział w domu, całymi dniami przegrzebując internet w poszukiwaniu pracy w swoim zawodzie, a był świetnym specjalistą w branży informatycznej. Podziwialiśmy ich jasno i wyraźnie sprecyzowany plan, a przede wszystkim upór w jego realizacji. Raz czy dwa odwiedziliśmy Majkę w przymuzealnej kawiarence, gdzie zasuwała świątek - piątek, podczas gdy on w domowych pieleszach tkwił przy komputerze. Chłopak siedział na garnuszku żony prawie cały rok; wielu znajomych im przygadywało, Majce przypinali łatkę frajerki, jego przezywali paniczykiem, ewentualnie marzycielem. Ale on tylko szukał i szukał, w przerwach ucząc się angielskiego. Aż po kolejnym miesiącu gruchnęła wieść: Paweł jedzie na interview! Wynalazł firmę; nawet w tamtej chwili nie szukali nikogo, mimo to dzięki swojemu świetnemu CV został zaproszony na rozmowę. A już kilka tygodni później oboje wyprowadzali się z ciasnego i drogiego pokoiku w obskurnym bloku we wschodnim Londynie do wynajętego na koszt firmy dwupokojowego mieszkania o pełnym komforcie gdzieś koło Cambridge, niedaleko siedziby firmy. Po roku Majka urodziła pierwszego dzidziusia.
Choć sam swojego wielkiego snu wtedy jeszcze nie spełniłem, takie historie jak ta utwierdzały mnie w przekonaniu, że sny i marzenia rzeczywiście się spełniają, jednak na Wyspach dostępują tego zazwyczaj tylko ci, którzy sobie na realizację swych marzeń porządnie zapracują, wszystko wcześniej dobrze rozplanowując. Dlatego nie chcę słuchać ludzi wciąż tylko narzekających, nie chcę się nawet nimi otaczać. Dla nich sny i marzenia to tylko puste hasła rodem z ekranu telewizora, coś, co albo przychodzi samo, na zasadzie łutu szczęścia, albo przeważnie trzyma się od nich z dala, dlatego i tak nie warto robić wiele w kierunku ich spełnienia, może tylko tyle, ile jest potrzebne do utrzymania spokoju sumienia: „No przecież staram się, ale mam pecha, a tamci to fuksiarze”.

recenzje wywiady | nowości


Powrót

książki
autorzy
wywiady
recenzje
linki
galeria