|
Łukasz Fijał
KAZEK OD STRACHÓW
ISBN 978-83-68015-10-2
Format 145x205
Oprawa miękka ze skrzydełkami
Premiera październik 2026
Kazek od strachów to opowieść niesamowita, snuta na granicy świata żywych i umarłych, utkana z zasłyszanych ludowych gadek. Prowadzi ją młody mężczyzna, który - jak mówi o sobie - nie ma specjalnych zalet, ale czuje nieodparte pragnienia przekraczania granic i rozjaśniania lokalnych tajemnic. We wsi istnieją strachy - istoty z pogranicza światów, a bohater decyduje się być pośrednikiem między nimi a ludźmi. Ta pasja staje się emblematem jego tożsamości, jego namiętnością; przynosi uznanie wsi, budzi zaciekawienie, ale i przeraża. Autor zdobywa się na ciekawy eksperyment językowy, dzięki czemu udaje mu się stworzyć wiarygodny świat, w którym trudna realność małopolskiej rzeczywistości poszerzona jest o sferę magii, tajemnicy, grozy. O to, co w człowieku nieodgadnione, ciemne, podświadome, kanalizowane przez wieki dzięki religii i rytuałom społecznym - akceptowanym i nieakceptowanym (szczególną rolę odgrywa wódka i bójki między wsiami). Ożywa w ten sposób to, co dziś pozornie nieobecne, bo wstydliwe, ukryte w rudymentach kultury.
|
Od autora:
Fascynują mnie historie przekazywane ustnie, kiedy jeden opowiada, a reszta słucha. Jeśli historia wciąga, to jest prawdziwa, a ubarwianie kluczowych momentów to cechy dobrego opowiadania. Dorastałem w małopolskiej wsi i spotykałem wielu bajarzy. Mógł to być strażak z OSP, starszy kuzyn kolegi z podstawówki, sąsiad stary kawaler, najstarszy w parafii ksiądz, nauczyciel ze zmarnowaną szansą na wielką karierę, podpity kolega rozwodnik. Każdy z nich intuicyjnie czuł, jak snuć historię. Kazek od strachów ma cechy takiej opowieści. A mówi o tym, że istnieją tajemnice, których nie powinno się poznawać.
|
Patroni medialni:
Fragment
Prolog
Strasznie idę pijany. Ani tego mrozu nie czuć, ino śnieg skrzypi pod butami i wiater w gałęziach wieje. Cicho we wsi, psy nie szczekają. Do domu idę. Ale od Mirka asfaltem za daleko iść, nie chce się. Na skróty pójdę, przez las, olchy wysokie. Choć tędy strach w nocy iść, bo tu stary tartak, opuszczony, zarośnięty. Idę, ścieżkę ledwie znać. Ino we łbie wódka szumi i ciężko oddychać, umordowany człowiek. A na ścieżce śnieg po kolana i patyki pod śniegiem. I żem się zaczepił o te patyki, i wywalił. Leżę w śniegu i ani się wstawać nie chce. W górze gałęzie się kołyszą pomaluśku, gwiazdy se świecą, można leżeć i patrzeć. Dobrze jest. Ani nawet nie przeszkadza, że pomału łachy i buty przemakają od tego śniegu. Aż słyszę nagle, że ktosik mnie woła: "Kazek... Kazek...". Pierw mi się widziało, że to wiater w gałęziach szumi, ale znowu swoje imię słyszę. Może Mirek idzie za mną, żem coś zapomniał? Ale to jakby dziewczyński głos. Może Alicja z tej imprezy? Podnoszę się pomału. I patrzę między drzewa, w oczach się mieni, bo ciemno i ta wódka wzrok miesza, ale zdaje mi się, że stoi między czarnymi olchami dziewczyna. Bez kurtki, bez czapki, ino w sukience czarnej jak te olchy. Nie wiadomo kto to. I idzie do mnie, ale tyłem idzie. I jak ona tak szybko da rady iść, ciemno, gałęzie na ziemi, a jeszcze tyłem? Trochę żem się przeląkł, tom się zerwał i poszedł szybko do domu. (...)
3. Kawa
Zimą wcześnie się ciemno robiło, już słonko się chyliło ku polom we śniegu. Siedziałem na piecu. Ciepło, bo się paliło na obiad i nalepa jeszcze nie wystygła. Pachniało w kuchni gotowanymi ziemniakami i schabowym. Ostatnie promienie dnia lekko kuchnię oświetlały.
Siedziałem se na tym piecu i myślałem, że ja to w sumie w niczym nie jestem dobry. Mirek umie grać na gitarze, po weselach gra. Waldek jest najlepszy do bitki, żaden jemu nie da rady. Krzysiek robi za granicą, nazarabiał pieniędzy, co pół roku nowe auto kupuje. Piotrek to umie do każdej dziewuchy zagadać i się nie wstydzi. Szymon jest fachowiec od kładzenia płytek, i nawet u starosty w Grotnicy kładł. Każdy coś umie i się do czegoś nadaje, każdy jest w jednym czymś dobry. A ja ani roboty jakiej lepszej, ani dziewczyny, ani lepszych pieniędzy, ani auta. Ale co poradzić. Może się jeszcze jako los odmieni, może się w czymś konkretnym wyrobię tak, że mnie będą ludzie mieli za fachowca.
I żem se przypomniał, że tata kazał iść do Kawy i mu drewno porąbać. To idę. Tylkom se czapki nie ubierał, bo w czapce nie lubię chodzić. I jeszcze cygary żem wziął, zapalę przez drogę. Dobrze się szło, bo załatwili tata i ksiądz u pani wójt, że posypane było i odgarnięte. Cygarka się dobrze paliło na mrozie. A Kawa mieszkał niedaleko, nad samą rzeką. Strasznie stary był, ponad sto dziesięć lat. Żona nie żyje, dzieci w Ameryce. Kulawy był, o kulach chodził. Stary był, jeden z pierwszych strażaków. Podobno nawet remizę budował. Czasem przychodził na walne zebranie straży, raz do roku, jako członek honorowy i tam go wszyscy strasznie szanowali.
Wyszedł Kawa na pole, dał mi siekierę, stał pniaczek, drzewo nawiezione, to się rąbało. Grube klocki, już na cyrkulatce pocięte, tylko porozbijać na mniejsze. Kopka nie za wielka, tak z pół wozu, to się rozbiło szybko. Potem zwiozłem taczką do szopy. Ale nie powiem, byłem zmordowany. Tak żem se usiadł na tym pniu i palę następnego cygara. To i Kawa wyszedł o lasce z domu i zaprosił na kawę. Przeszli my przez ganek przeszklony, jak to w starych domach. W kuchni ciepło, znać, że też na obiad palił.
Miał Kawa obrazek z Matką Boską na ścianie, od komunii chyba jego ojca, bo data koło 1900, miał drugi obraz z aniołem stróżem, i Maryję z plastiku, co się jej korona odkręcała i się do niej wlewało wodę święconą. Na szafach stały opakowania z bombonierek z kwiatami, a za szybą miał serwis do kawy, co się dostawało przed wojną na prezent ślubny, i się go kładło na serwetce, i nigdy w życiu nie używało. I miał w kredensie za szybą kartki z Ameryki i laurkę od wnuczka na Dzień Dziadka, niżej stała ryba ze szkła i małe rybki. Na parapecie małe doniczki z fiołkami i paprotka na kredensie. I radio miał Szarotka i słuchał Radia Maryja, różaniec tam mówili. I na piecu baniaczek z winem, z dzikiej róży se kisił. I jeszcze na kredensie paczka ciastek, zjedzone do połowy, pewnie sam nie jadł, bo zębów nie miał, ino dla gości. Porządek miał, choć sam mieszkał i kaleka. Cały gumolit, co na nim parkiet wyrysowany, to wymyty był, firanki wyprane, okna czyste. Kawa zdjął czajnik z blachy, kawę zalał, odwinął ze złotka parę ciastek, nałożył na talerz, postawił wszystko na stole, na ceracie w kwiatki.
- Tak to w życiu jest - mówi Kawa i milczy długo.
- Ano.
- A se i pożył człowiek. Już żem nieraz był i na pogrzebach dzieci moich kolegów ze szkoły. A i piło się, chodziło na zabawy, bitki były z innymi wsiami. Jak człowiek młody, to się wyszaleje, potem ino różaniec mówić.
- I za młodego trza różaniec mówić.
- No... - I znów Kawa milczy. - A tak ci Kazek powiem, że się bardziej zawsze żałuje tego, czego człowiek nie zrobił. Jak się jakiej okazji nie wykorzystało, na dziewczynę, na zabawę, na bitkę, na robotę, na wyjazd jaki. Już lepiej było ryzykować i zrobić, choćby i jaka głupota wyszła. Tak ci radzę, zawsze lepiej zrobić, niż nie zrobić.
- A nawet jak wiem, że na pewno mi coś zaszkodzi?
- Nigdy nie ma na pewno. Każden jeden ma swoje zapisane. Jak se masz złamać nogę, to se złamiesz, choćbyś w domu siedział na łóżku cały dzień. A jak masz nie złamać, to możesz skakać na beton i nie złamiesz. Tak ci powiem, żem się nauczył spokoju. Jak nieraz znajdę na ziemi jakie złoto czy co, czy perły, to się cieszę, ale bez szaleństwa. A jakby złodzieje weszli mnie okraść do domu, to bym dał, co by chcieli. Albo jakie morderce, to bym się nawet nie bronił. Co komu pisane, Kazek. Palisz cygary? (...)
- Ja tam dużo nie palę.
- Ale nie bój się żyć. Najgorsze, jak se człowiek sam mówi, że nie można, że nie wolno.
Strasznie długa cisza.
- Dobrze, żeś mi to drewno zrąbał - mówi Kawa takim innym głosem, jakby już o czym mało ważnym gadka była.
No i pokuśtykał do szafki, i wyjął flaszkę. I mi dał. I widziałem, że jak szafkę otworzył, to w tej szafie stała jakaś dziwna mapa. Zapatrzyłem się, a Kawa się spostrzegł.
- Jak żeś zobaczył - mówi - to ci pokażę.
I mapę wyjął, odsunął ze stołu szklanki i zgarnął okruszki z ciastek. No i to była mapa
Krzystanicy i wszystkich przysiółków, co do niej należą, i pola, i lasy, i rzeki, i w ogóle wszystko. Ino strasznie stara była, na papierze takim grubym, staroświeckim.
- Mapa Krzystanicy. Stara jakaś - mówię.
- Ano, mapa. Ja żem ją zrobił, jak żem był w twoim wieku. Wieś się poznawało. Jak nikt inny żem ją poznał.
No i patrzę na te mapę, a tam wszystko takie, jak siedemdziesiąt lat temu. Mniej domów i dróg, więcej lasów i pól. Ale się wszystko zgadza. I Krzystanica, i Oflisy, i Zalesie, i Gąsówka, i Czterodniaki, i Przedrzecze, i Łupinki, wszystkie te przysiółki, i nazwy lasów: i Mielizna, i Sośnina Księża, i rzeki: Strużnik, Zaczajka, Grabina, Kleń, wszystko jest.
- A po coście taką mapę zrobili?
- A dojrzyj dokładnie. - I pokazuje mi Kawa palcem krzywym jedno miejsce.
No i widzę: jest napisane w polach, w trzcinach małe dziecko. A w innym miejscu, w Sośninie Księżej, jest kareta, proboszcz i doły.
- Panie Kawa, co to gdzie jest?
- Kazek, to są strachy. - Tak jakoś poważnie Kawa mówił. - Ja to żem wszystko spisał.
I znów my milczeli długo. Bo wiadomo, jak to ze strachami. W końcu pytam:
- A te strachy to naprawdę są?
- Powiem ci tak: jak ci cegła spadnie na łeb i rozbije, to znaczy, że cegła jest. Jak żeś jest pijany, to znaczy, że w tobie wódka jest. Jak żeś chory, to znaczy, że zarazek też w tobie jest. Dobrze mówię?
- Dobrze mówicie.
- To znaczy, że jak widać skutki, to znaczy, że musiało cosik być, co to zrobiło, nie?
- No. Cosik musiało być.
- No to teraz ci powiem tak: pojechałeś rowerem przez las do drugiej wsi, ale ci tam nagadali ludzie, że w tem lesie chodzi strach. Trup kobity chodzi, wyje i dziecka szuka, co jej przed wojną w tem lesie zaginęło, bo go zostawiła same bez opieki, jak w polu pod lasem robiła. Tak ci opowiedzieli, a tu się już ciemno zrobiło. To wrócisz rowerem przez ten las czy naokoło asfaltem?
- Pewnie naokoło.
- No... - powiedział Kawa zadowolony. - To są strachy czy nie ma? Jest skutek: nie pojechałeś. To są strachy czy nie ma?
- Są.
I długa cisza znów.
- No, i niech mówią, że przesąd. A każ takiemu iść w listopadzie, samemu, przy wielkim wietrze, na cmentarz wojskowy w lesie koło zalewu. Niech idzie, jak taki bohater. Nie pójdzie, a jak pójdzie, to się zatrzęsie ze strachu w połowie drogi. I co najważniejsze, nawet im nie trzeba o strachach mówić. Nawet jak kto nie wie, to czuje. Z ziemi, z lasu, z powietrza. Są strachy, Kazek, są.
- No są...
- Weź se tę mapę, Kazek, bo tobie się bardziej przyda.
Tom se wziął.
7. Siwiec i las
(...) Siadłem se na pniaku, jeszcze jednego zapaliłem. Mało co widać, ino ten żar. Naraz widzę, że jest też drugie światełko, ino zielone, i z lasu się do mnie zbliża, i się chwieje. No, świetlik. Ino skąd świetlik, one przecie w czerwcu latają, nie w marcu. Podleciał i wisi w powietrzu, jakby czekał na mnie. Tom wstał, idę za nim, i faktycznie, prowadzi mnie w las. Ledwieśmy do lasu weszli, otoczyła mnie mgła gęsta. Idziemy w dół, w dolinę. Naraz mgła przerzedła, znikła.
W dolinie paprocie gęste, głaszczą mnie po rękach. Idę i czuję, że już nie liście, ino czyjeś dłonie mnie dotykają po ubraniu, co chwilę mnie ktoś łapie za ucho czy rękę, drażni się czy jak. I czuję palce na szyi, na całym ciele, ino nie takie, żeby kto chciał mnie dusić, ino tak dotyka delikatnie. Zaraz słyszę śmiechy. Ale też przyjemne, jak dziewuszki się śmieją. Takie śmiechy mnie otaczały, jedne blisko, inne daleko. No i czuć w powietrzu zapach fiołków, konwalii i jaśminu. Pachnie to wszystko, aż się w głowie kręci, i te śmiechy panienek coraz głośniejsze, i ktoś mnie dotyka, i czyjeś włosy długie mi się między palcami plątają. Czuję się jak pijany, w głowie się kręci, gorąco.
Świetlik doprowadził mnie do krzaku dzikiej róży i zniknął. A ja widzę w gałęziach dwa następne świetliki zielone przy sobie. Ale to nie były świetliki, ino oczy. I nagle wstaje z tego krzaka dziewczyna. Trochę niższa ode mnie, w sukience lnianej szarej. Zgrabna taka, szczupła, piersi jej przez sukienkę widać. I włosy kasztanowe do ramion, i się uśmiecha. Może z rok młodsza ode mnie. I oczy duże, ładne, zielone, świecą się w ciemności. A i ciemność sama już znika, bo wszystko lepiej widzę. I naraz jak od tej dziewuszki zapachniało fiołkami, to aż mi zawróciło w głowie, aż żem się na ziemię wywalił. I już mnie wiele rąk podnosi, i widzę, że następna panienka w takiej samej lnianej sukience stoi przy mnie i mnie łapie za ramiona, wysoka, blond włosy kręcone, długie, do łokci, i wielkie ma oczy, niebieskie, i piersi kształtne, duże, falują pod sukienką, naraz czuję dłonie na plecach, a tam niska dziewczyna, włosy ma czarne, krótkie, oczy duże i pełne blasku, i mnie całuje, a wargi ma zimne jak śnieg. A jak się zbliżyła do mnie, to jakbym w krzaki kaliny wpadł, tak pachnie. I stoję taki zachwiany, i nie wiem, na którą patrzeć, którą całować, a tu jeszcze następne, i następne. Jedna mojego wzrostu, z rudymi lokami, i piegi ma na twarzy, i oczy wesołe zielone, i się śmieje, i mnie łapie za ręce, a pachnie jak liście suche w jesieni, i naraz mnie jeszcze jedna łapie, co ma warkocze blond długie, a w te warkocze powplątywane pnącza powoju, i jeszcze jedna, z oczami jak kot, piwnymi, rzuca na mnie naręcza płatków dzikiej róży, i znów jedna, trochę starsza ode mnie, z ciałem pełnym, kobiecym, o twarzy bladej, oczach niebieskich, włosach czarnych jak sadza, całuje mnie w szyję, a w powietrzu czuć wiatr styczniowy, mroźny i świeży, a ledwie mnie puszcza, łapie mnie dziewuszka młoda, blondyneczka, wesolutka, o twarzyczce jasnej, oczkach wesołych, drobna, niska, roześmiana, łapie mnie za ręce i zaczynamy tańczyć, a w powietrzu czuć łąkę, jak się kosi w czerwcu. I tańczymy, jest tych panienek lnianych wiele, nie zliczę, a w powietrzu czuć wszelkie kwiaty polne, i wszelki wiatr świeży, i zboża, lasy, drzewa. I słyszę nagle muzykę, nie wiadomo skąd. A taniec coraz szybszy, szybszy, coraz inna mnie bierze za ręce, i całują mnie te dziewczęta długo, słodko, coraz mocniej, i już widzę, że moja blondyneczka wysoka ściąga sukienkę, i widzę ją całą nagą, piękną, kobiecą, radosną, i biust jej w tańcu faluje, i oczy roześmiane, i tańczymy, i widzę, jak inne zrzucają sukienki, i za chwilę wszystkie one rozebrane całkiem, i tańczą roześmiane, ja też ubranie ściągam i nie wiem już, na którą patrzeć, każda najpiękniejsza, każda tylko moja.
Nagle żem usłyszał strzał strzelby. (...)
16. Burza
(...) Za oknem co chwila grzmi i się błyska. Aż dziwno, że nie ma burzy jeszcze. Siwe chmury przyszły, zrobiło się ciemno jak pod wieczór. I trzeba było światło zaświecić, a że okno uchylone, to już czuć było w powietrzu burzą. Powietrze jakieś elektryczne. Troszkeśmy se podpili wszyscy, tak ino na smak. I każdy zamyślił iść do domu, nawet niech będzie burza. A co. Tak i ja żem wyszedł, i idę.
Wiatr szarpał wysokimi topolami i akacjami, co rosły przy rzece. Idę, ława już niedaleko. Błyskało się coraz bliżej, coraz głośniej grzmiało i wiało wiatrem gorącym. Do ławy ino kilka kroków, i nagle jakby się całe niebo otworzyło, całe tony gorącego deszczu spadły. Leje z nieba gorący deszcz, pioruny zaczęły bić wkoło i się wiatr zerwał, ale taki, że nieraz z tyłu albo z boku gorącą wodą uderzało, jakby nawet nie deszcz, ino jakby do ciepłego jeziora wskoczyć. Anim się nie próbował skryć, idę na ławę. A na ławie ktosik stoi, widzę przez ścianę deszczu, zdaje się, że dziewczyna, i nic se z deszczu nie robi. Podchodzę, patrzę, a to moja dziewuszka z kasztanowymi włosami, co mnie się śniła. Patrzy na mnie brązowymi oczami, uśmiecha się, włoski ma zmoczone deszczem, i się jej te włosy kleją do szyi i do czoła, i patrzę na nią, i widzę jej piegi i ustka drobne. I ona w sukience niebieskiej, co też już całkiem mokra i się do jej ciała klei, a ona pod spodem nic nie ma i całą ją widać.
Wzięła mnie za rękę i biegniemy przez pola, łąki i lasy. Deszcz całemi strumieniami, gorący i pachnący akacjami, i kwiaty akacjowe wszędzie, jakby je wiater z drzew rwał i z deszczem mieszał, i one się do nas kleiły. A zrobiła się w chmurach przerwa, i się słonko przedostało, i w tej gorącej ulewie robiły się tęcze, co chwilę były, a potem znikały. I już nawet nie było znać, czy biegniemy przez łąki i pola, czy już po pas we wodzie, jedno dookoła nas morze deszczu, jasnego słońca, zapachu akacji i mokrych kwiatów.
W końcu mnie zabrała do takiego miejsca w zakolu rzeki, na odludziu, co dawniej był stary dom, co po nim został ino plac, dookoła rzeka, samosiejki jabłonie i gruszki, nikogo wokoło, nikt nie widzi, nikt tu nie przyjdzie, samiśmy byli na wielkiem łóżku z mchu.
I ona pchnęła mnie na ten mech, stanęła nade mną, i w tym deszczu, i w akacjach, w tym gorącu, zdjęła z siebie sukienkę i stanęła przede mną całkiem naga. I już nie wiedziałem, co się dzieje ze mną, żadnych słów takich nie ma, ani się opowiedzieć nie da, ani opisać tego, jak się potem czułem i com przeżył. Ja żem był w niebie. Jeden raz przez całe życie, wtedy byłem w niebie.
Przestawało padać. Leżeli my razem na mchu w kałużach gorącego deszczu, cali oklejeni kwiatkami akacji. Spadały z drzew duże krople. Dalej żem był jak w niebie, tylko teraz, już po wszystkim, trochem do rozumu przyszedł. Dałem radę oddychać równo, patrzeć przytomnie. I choć my tak byli razem nie wiem jak długo, tośmy się do siebie jeszcze słowem nie odezwali.
- Spotkamy się jeszcze kiedy? - pytam się cicho.
- Nie wiem, może... - odpowiedziała jakosik smutno.
- A skąd ty?
- A jestem, boś mnie chciał.
- A jakbym nie chciał?
- To byś mnie nie spotkał.
- Ale... gdzie mieszkasz, gdzie? A jakim domu, czy w lesie, czy w drzewach, czy gdzie ze strachami, czy jak?
- To ci nic nie da, Kazek.
I cisza. (...)
19. Wesele
Dochodziła północ. Ocepiny. Usadzili pannę młodą na krzesło, orkiestra grała, panny chodziły w kółko, pan młody zasłaniał młodej oczy. Orkiestra przestała grać, młoda wianek rzuciła, złapała jedna panienka. Zaraz młody siadł na krześle, młoda mu oczy zasłoniła. Wzięli nas, kawalerów, łaziliśmy w kółko. Muzyka się skończyła, młody rzucił krawat, a on leciał prosto Mirkowi na łeb. A tak się chłopina wzbraniał, żeby ino nie złapać! A tu nie uniknie. No i dają wielki stół, na niego krzesło, orkiestra gra, a Mirek z tą dziewuchą ma na nim tańczyć, że to niby jego przyszła żona. I całe wesele znów tańczy.
Naraz muzyka ustaje. Patrzymy na muzykantów i co dziwnego: piosenki nie skończyli, urwali w połowie. Instrumenty sprawdzają, ale jakby wszystkie się zepsuły naraz. Każdy z gości się zatrzymał w tańcu, zgrzany, zmachany. Nagle światło zgasło. Zaraz znów się zaświeciło. Ludzie nie wiedzą, co zrobić, w końcu wrócili do stołów. I nagle zimnem zawiało. Ale takim zimnem, jakiego w czerwcu na pewno nie mogło być.
Patrzymy, a tu zajeżdża na podworzec wielkie auto, stare, jakieś takie chyba przedwojenne. Czarne, błyszczące, przez szyby nic nie widać, ino kierowca, jakiś taki chłop młody, włosy przygładzone, czarne okulary, czarne rękawice i czarny garnitur. No i się otwierają drzwi, wychodzi ze środka takich samych gości chyba z sześciu. Każdy tak samo na czarno wyszykowany. No i wyszedł z auta jeszcze jeden, na pewno najważniejszy.
Wysoki facet, bardzo wysoki, na czarno ubrany, ale jakosik mu się to ubranie na czerwono mieniło, jak się ruszał. Nie szło rozeznać, jakiego był wieku. Oczy miał czarne i twarz nieruchomą. I długą brodę miał, poskręcaną w fale jak sprężyny. Ruszył na wesele, my za nim, a gdzie ten chłop stanął, tam się na ziemi robił czarny ślad. Wszedł do głównej izby ze swoimi sługami. Wszyscy goście na niego patrzyli, każdy wystraszony. Obcy siadł przy stole i powiedział, a głos miał trochę straszny, a trochę piękny:
- Dalibyście co zjeść. Ja spóźniony i głodny.
Ludzie nie wiedzieli, co robić. Dziadek młodej, jak go ujrzał, to się za głowę chwycił i wyleciał z izby. Sługi tego pana to się ino śmiały i zaczęli pytać, gdzie kuchnia, żeby panu jedzenia nanieść. No i noszą, a ten jak zaczął jeść, to jadł i jadł. I miał swój nożyk i widelec, zdaje się ze złota. I jadł szybko, ale kulturalnie, a my ino patrzyli, ile zje. A jemu przynieśli całe prosię pieczone, co miało być na później, a on te prosię całe skrajał i zjadł. Ino kości zostały. A te sługi mu dalej nosili, i zjadł jeszcze dwie wielkie misy mięsa, i chyba ze dwadzieścia golonek, i jeszcze mu potem nosili kiełbasy i pieczenie, i zjadł tego nie wiadomo ile. Całe pęta kiełbasy, schaby, karkówki. A wszyscy patrzyli i każdy w strachu, bo jak to możliwe, że jeden chłop zjadł tyle mięsa. A potem powiedział, że by co wypił. To mu te sługi zaraz przynieśli całą beczkę bimbru. I wtedy mówi ten chłop:
- No, a teraz wypada wypić zdrowie młodej pary. Kto się ze mną za młodych napije?
I wstał, i chodził przez całe wesele ze sługami, co beczkę nieśli, i z każdym gościem się napił. I nikt mu nie odmówił. I jak z kim pił, to tej osobie nalewały sługi do kieliszka, a panu lali do szklanki, do pełna. I potrafił całe wesele obejść, i całą beczkę prawie że samemu wypić. Wrócił na miejsce i jeszcze do szklanki se wlał pełno, i wypił na raz. Ludzie byli w strachu. Zdawało się, że go ten bimber chociaż zmoże i że się wywróci, ale nic po nim nie było widać, żeby był pijany. Ludzie wszyscy siedzieli cicho, bo nie wiedzieli, kto to był. Ale jam się domyślał. Zaraz ten obcy zawołał ojca panny młodej, a jak ten przyszedł, to nieznajomy mówił na cały głos, tak żeby go wszyscy słyszeli:
- Wyście dobry gospodarz. A dobry gospodarz, jak się zarzeknie, to słowa swojego dopilnuje. A jak nie on, to syn, a jak nie syn, to wnuk. Goście od młodej myślą, żem ja od młodego, a goście od młodego, żem ja od młodej. A jam nie przez młodych na wesele proszony, alem proszony. Macie ojciec dla młodych wianowanie, co było przyobiecane.
I wyjął z kieszeni pieniądze, takie strasznie grube pliki po dwie stówki, gumkami powiązane, strasznie dużo, i kładzie na kupkę na stole, a było tych pieniędzy jakby łopatą nasypał. A ojciec młodej bał się tego tykać, ino stał. A zaraz mówi gość:
- Jak wesele, to wesele. Chodźcie hulać, nie siedźcie jak na stypie. Tylko teraz moje będą grali.
I jego sługi siedli do instrumentów. I się zaczęły tańce. A jak tylko te muzykanty zaczęli grać, to naraz każdemu strach odszedł i zaczął hulać. Bo grali muzykę taką, co to chyba nikt nie słyszał. Skoczną, żywą, gorącą, że aż człowieka samego rwało, żeby iść tańczyć. I każdy tańczył coraz szybciej, coraz szybciej, i zaraz każdy uśmiechnięty, wesoły, już chłopy z babami, i każdy wiruje, i się trzymają za ręce, i się śmieją w głos, i w koło, i w koło, i muzyka głośniej, i weselej, nie idzie ustać. I patrzę, a ludziom spod butów iskry idą, i jak ino kto butem trzaśnie o deski, to aż dym idzie. A ten obcy to jak hulał, jak tańczył, i to z panną młodą, a ona w białej sukni wiruje z nim w kółko, nawet podłogi nie dotyka, bo ten ją w powietrzu nosi, zapatrzona w niego i roześmiana, i jej włosy śmigają w powietrzu. Tylko pan młody nie tańczy, jeden trzeźwy i jedyny, co mu z oczu normalnie patrzyło.
|