Siła w bólu
Marzenie o sile, fizycznej i psychicznej, jest jednym z motywów starych jak literatura i - nieodrodne jej dziecko - psychologia. A może odwrotnie? Może to potrzeby i intuicje psychologiczne zrodziły literaturę jako sztukę słowa. Pięknego artystycznego słowa?
Przed wiekami - może tak, słowo artystyczne było częściej piękne, ale dziś trudno byłoby odpowiedzieć twierdząco na ostatnie pytanie. Społecznie akceptowane stały się mocne emocje, także u kobiet, a język je wyrażający często jest powinowatym z rynsztoka. Mimo pracy setek coachów i psychoterapeutów, którzy pomagają rozładować frustrację. Co dopiero, jeśli obserwujemy wycinek życia, z założenia bardziej niż przeciętne, brutalny. Bo taki opisuje Git-mana.
Najprawdopodobniej właśnie z frustracji rodziły się po wojnie, w PRL-u, subkultury takie choćby, jak kultura gitowców, z apogeum na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, jedna z niewielu rdzennie polskich. W takiej kulturze, w jednym z warszawskich trójkątów bermudzkich, Witold Horwath lokuje akcję swojej powieści (patrz wideorozmowa). Wyznaje, że „Czarny, Wąsik, Budziar rzeczywiście tam byli, pili i bili”, że zmienił im „tylko personalia i ksywki”. Ale czy istniał prototyp Joasi - pięknej, inteligentnej „wypisz wymaluj Psyche z obrazu Rafaela, tej całowanej w policzek przez Amora”?
Tak ją opisuje pani Irena, nauczycielka i powiernica tytułowej git-many.
Można podejrzewać, że taka bohaterka była potrzebna autorowi dla kontrastu. Wprowadzenie atrakcyjnej kobiety w środowisko twardych, groźnych facetów jest jednym ze sposobów przygotowywania pola dla konfliktu we wszystkich chyba gatunkach sztuki popularnej, choćby w westernie. Siła kontra słabość i subtelność, potrzeba dominacji kontra uległość, prosta brutalność kontra spryt. Kontrast z kolei pobudza wyobraźnię, stymuluje rozwój wypadków, przydaje się do modelowania charakterów postaci. Czy tak jest też w Git-manie?
Wypadki w ostatniej powieści Horwatha czytelnikom i czytelniczkom o subtelniejszej wrażliwości, jakiej schlebia większość książek naszego wydawnictwa, mogą się wydać zbyt mocne czy zbyt bezkompromisowo opisane, ale warto dostrzec niuanse, na przykład sposoby zwalniania tempa i cieniowania napięcia przez autora. Służy temu już sam pomysł na prowadzenie narracji polifonicznej. O awanturniczych losach wybranych git-ludzi, przede wszystkim brata Joasi Tomka, opowiada - ni to w pamiętniku, ni to w zapiskach na mankietach - nie tylko ona sama, ale i lebiega-fantasta Marek, zazdrosny o uczucia i dziewczyny, i wychowawczyni. Opowiada też owa nauczycielka całej trójki, kierowniczka szkoły podstawowej, zafascynowana samą Joasią, litująca się nad Markiem i przerażona postępkami tego, który - w oczach społeczności czterech ocalałych z wojny kamienic - uchodził za herszta i naczelnego bandziora, a już na etapie szkoły podstawowej nietuzinkowymi postępkami zapowiadał rodzaj budowanej kariery.
Każda z postaci ma swoją historię, każda jakoś ewoluuje, bo akcja obejmuje kilkanaście lat, domyka się dopiero po karnawale Solidarności i stanie wojennym. Mamy potyczki z milicją, migawki z produkcji bibuły, obrazki ze strajku studenckiego i emigracyjnej tułaczki dwójki bohaterów, słowem reprezentatywne tło, oddające klimat schyłku PRL-u. Gdyby uznać, że polonistka i kierowniczka jest istotą najbardziej stabilną i ukształtowaną, to nie sposób nie zauważyć, że i w niej działa mechanizm racjonalizacji, gdy rozmyśla, jak oskubać pazernego kauzyperdę, czy misternie buduje argumentację, żeby przekonać własnego męża, lekarza dygnitarzy, do użycia wpływów w sferach partyjnych i wydobycia z tarapatów przyhołubionych podopiecznych, hodowanych w patologicznych rodzinach, podopiecznych „źle urodzonych”.
Czy to właśnie „złe urodzenie” sprawia, że stają się tacy, jacy są, że sparafrazuję świetny zbiór opowieści z innej warszawskiej ulicy przeklętej Macieja Pisuka? Czy z frustracji, poczucia beznadziei, pragnienia wydobycia się zza niewidzialnych krat kulturowej biedy i złapania choć okruchów życia lepszego rodzi się tam przemoc, stymulacja alkoholem, handel wódką, upokarzanie, znęcanie się nad słabszymi, wykorzystywanie przetrąconych emocjonalnie kobiet ze szpitala na Nowowiejskiej w Warszawie, krwawe porachunki z przeciwnikami? Nawet nie dla zysku, tylko dla potwierdzenia wznoszącej się pozycji w kręgu potulnych klakierów. Dla nasycenia głodu posłuchu, zaspokojenia jakiejś chorej dumy.
Towarzyszy temu wszystkiemu świadomość czytelnika/czytelniczki ślędzącego/cej wypadki, że z tego tunelu nie ma wyjścia, że oto główni bohaterowie znaleźli się na równi pochyłej. A tylko kwestią czasu jest, kiedy dotkną dna. A kwestią brutalności życia samego sposób, w jaki to technicznie się dokona.
Jakie czynniki sprawiają, że nagle finał opowieści - ni stąd, ni zowąd - przynosi rodzaj staroświeckiego katharsis? Bo że przyniesie, tego jestem pewna, przynajmniej niektórym z nich/nas. Tym, którzy zauważą, że na przykład w Joasi, nieprzytomnie kochającej swego brata kryminalistę, musi pęknąć jakaś struna, skoro przestaje bezkrytycznie podziwiać jego spryt i bezwzględność, co może oburzać na niejednej stronie jej zapisków i zwierzeń. Że zaczyna szukać odmiennej ścieżynki życia, takiej, która da szansę ocalenia. Bo czymże innym miałyby być próby odnalezienia - i oswojenia - przypadkowo poczętego pryszczatego potomka? Nie mogę odbierać przyjemności zaskoczenia, więc o ostatnim desperackim pomyśle tylko wspomnę, kiedy to cierpienie - zadawane drugiemu lub/i sobie - przestaje być częścią theatrum, jak w popularnym w subkulturze gitów snytowaniu ciała. I nie kończy się tylko blizną czy tatuażem, które inni mają zawistnie podziwiać.
Witold Horwath uchodzi za znawcę kobiecej duszy. Prawda, że i Milena z Seansu, i Żaneta/Anka z Ptakona to silne psychicznie i skomplikowane kobiety, które nie były w wymienionych powieściach tylko dekoracją. Joasia jest ich najmłodszą siostrą. Jak one musi mieć w sobie coś z Jungowskiej animy, tkwiącej w męskiej wyobraźni, także tych najbrutalniejszych bandziorów. I nawet jeśli zadaje ból, to ten ból niejeden pojedynczy bandzior przyjmuje z dziwną pokorą. Pytanie, czy pomysł podyktowała jej kobieca przewrotność czy miłość. Ale to tylko sam Witold Horwath wie.
|