Co jest z nami nie tak
Ładnie i intrygująco brzmi ostatnie zdanie Julii Śliwowskiej, umieszczone na skrzydełku Śpiątka: „sen jest wyrazem wolności”. Pytanie jednak, ile w nim prawdy, a ile młodzieńczej nadziei.
Ojcowie psychoanalizy, którzy zainspirowali całe rzesze artystów, w tym szczególnie surrealistów wszystkich dziedzin sztuki, wyraźnie wiązali sen z mechanizmami podświadomości, które działają w człowieku i nad którymi on nie panuje. Więcej nawet, Freud budował teorię o związkach osobowości i zachowań z instynktami wokół pojęcia kompleksu o podłożu wyraźnie biologicznym, Jung seksualność schował głębiej, a zwrócił uwagę na symbole kulturowe, w tym religijne, które odsłaniają archetypy; niewidoczne, ale decydujące o trwałości ludzkich nastawień. Tym samym zrekonstruował warunkujący się wzajemnie krąg zależności. Tego, co jednostkowe, i tego, co wspólnotowe.
Ale zanim ojcowie podejrzeń sformułowali swoje teorie, motyw snu - począwszy od Biblii, przez barok i romantyzm - samowolnie wykorzystywali artyści dla podkreślenia swojej niezgody na różne formy opresji, dla rozszczelniania dotkliwej rzeczywistości. Tej materialnej, tej silnie skonwencjonalizowanej w sztuce i obyczajach, tej politycznej.
Taki cichy bunt podejmuje też bezimienna bohaterka Śpiątka, a pokazywane przez autorkę niekonsekwencje są objawem towarzyszącej mu ambiwalencji.
Podobnie jak w powieści Mój rok relaksu i odpoczynku Ottessy Moshfegh, na którą Śliwowska powołuje się jako bezpośrednią inspirację (patrz: wywiad), punktem wyjścia jest zmęczenie i... rozczarowanie. Ale nie tyle światem, ile sobą. To przede wszystkim w sobie - jak mają to w zwyczaju wrażliwe istoty - bohaterka poszukuje źródeł obniżonego nastroju, kłopotów z odnalezieniem się w rodzinie i związkach intymnych, pytając nieustannie „co jest ze mną nie tak”. Nie oddaje się w ręce żadnej zwariowanej psychiatry, może ze względów finansowych, tylko szuka odpowiedzi u wujka Googla i cioci Googlenki, co - z jednej strony - brzmi zabawnie, ale z drugiej - jest nader poważną i smutną diagnozą sytuacji współczesnego everymana. Nie tylko dwudziestoparolatki/a, ale i staruszki/starca, wrzuconych w świat wszechmocnej dominującej technologii, produkującej masowo, często najzwyczajniej dla pieniędzy, informacje-porady, informacje-instrukcje, informacje-fejkniusy; na każdy właściwie temat, a jak łatwo osiągać szczęście i sukces zwłaszcza. Wobec tego chaosu, wobec morza śmieci można próbować się odnaleźć w dystansie, można dryfować z prądami, można spróbować ucieczki. Na przykład w sen.
Tyle że uciekać w sen coraz trudniej. Przebodźcowanie, osławione niebieskie światło ekranów zostały zgodnie właściwie potępione, a rzesze socjologów na czele z Jonathanem Haidtem (którego teksty szczerze polecam, bo cenię) produkują książki i podkasty o tym, jak trudno dojrzewać i odnajdować się w świecie najmłodszemu pokoleniu (i nie tylko z powodu zaburzeń snu). Być może Julia Śliwowska wszystkich tych mądrości nie przyswoiła, ale świetnie czuje, „co jest ze światem nie tak”. I daje temu wyraz, nieprzypadkowo wybierając zarówno język dla swojej opowieści, jak i sytuacje, w które wprowadza bohaterkę w jej metaforycznej podróży.
Są w niej ważne epizody dryfowania, jak z katalogu problemów pokolenia Z, rozpoznanych przez socjologów i nazywanych zgodnie przez publicystów - rozczarowanie studiami, życiem towarzyskim, beznadziejne szukanie pracy, strach przed macierzyństwem, wegetarianizm jako wyraz stawania sztorcem wobec przemocowego ojca. Ale są też objawy świadomego dystansu, który się wyraża w kreacjonistycznych zabiegach, wykorzystujących poetykę snu, z jej skłonnością do absurdu i przerysowania, o czym za chwilę.
Znany od oświecenia schemat powieści inicjacyjnej Śliwowska wyraźnie odświeżyła. To w jej technice opowiadania widać zarażenie Gombrowiczowskim egzystencjalizmem, który podkreślał, że człowiek buduje siebie przez relacje z innym i wobec innego. Emocje są schowane pod sytuacjami, a sytuacje nasiąkają odbiciami jakby zwierciadlanymi, jakby przefiltrowanymi przez ozdrowicielski sen. Podskórne napięcie więc raz po raz przebija tkankę codzienności, która przez to wydaje się zagęszczona - ciekawsza i bogatsza. A też lekko ironicznie przekształcona.
Przychodzi mi do głowy znany przykład, przywołany przez Junga w jego szkicu O istocie snów.
Otóż pewnemu młodemu człowiekowi powtarza się sen o ojcu, który rąbie samochodem w mur budynku, jawiąc się nie tylko jako zły kierowca, ale i raptus-narwaniec. Funkcja tych obrazów ma być zwyczajnie kompensacyjna, choć nie mają one wiele wspólnego z realnym zachowaniem i przymiotami przodka. Mają pomóc skorygować jego wizerunek, bo nadmierny podziw i szacunek syna, który widzi tylko stateczność, prawość i mądrość uniemożliwiają mu artykułowanie własnych opinii, jakiekolwiek wybicie się na niezależność. Przedstawione w Śpiątku gotowanie jajka i inne sceny z kuchni, taniec z ptakami, sceny pielęgnacji wyobrażonego dziecka mają w sobie podobną kondensację. Tę kondensację sygnalizuje przebiegle okładka zaprojektowana przez Joannę Walczykowską - naga zwinięta postać na jeżu podkreśla możliwość/niemożliwość relacji z obcym, odmiennym. Może w czytelnikach budzić konsternację, a - jak wiele opisanych sytuacji - jest skrótowym potwierdzeniem kreacyjnych walorów Śpiątka jako opowieści o najeżonej przeszkodami drodze Młodej do zbudowania siebie.
Śliwowska znajduje więcej ciekawych sposobów na opowiedzenie przypadków swojej bezimiennej bohaterki i swojego pokolenia. Posługuje się też sprawnie, bez rozgadania, wiarygodnym sprawdzalnym szczegółem, infantylizm i niedojrzałość wyraża przez naiwność i bezstronność, by nie powiedzieć: bezwstydność opisów odwzorowujących sytuacje wprost z życia. Udaje się jej zobrazować napięcia między płynnością a stałością, między snem a przebudzeniem, między dzianiem się a tkwieniem w stereotypie lub konwencji, widać to choćby w kontraście między rozwijających się sytuacjami (ze swej istoty czasownikowymi) a ich celem czy efektem (na co wskazują rzeczownikowe tytuły rozdziałów). Również tytuł całości - ŚPIĄTKO - zawierający formant charakterystyczny dla nazw istot młodych, zarówno ludzkich, jak i nieludzkich, kondensuje znaczenia ważne dla utworu. Jego sensem najważniejszym są przecież kłopoty z poszukiwaniem więzi ze światem przy jednoczesnej potrzebie autonomii.
Wobec dominującego w nim chaosu i nadmiaru - szczególnie zagrożonej.
|